poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rok Odkrywcy

Czas na podsumowanie kończącego się roku. Wczoraj myślałam nad tym, czym tak naprawdę ten rok różnił się od poprzedniego. A różnił się bardzo...

Zeszły rok był emocjonalny i zaskakujący, a ten? Hmmm... Odkrywczy. Tak czułam się jak Odkrywca niezbadanych terenów.

Odkryłam otaczający świat na nowo. Moje dziecko mnie tego nauczyło. Pokochałam od nowa zmieniające się pory roku, zwierzęta, rośliny, przedmioty i ludzi. Widząc fascynację w oczach dziecka, sama ją poczułam. I nie ważne czy deszcz, czy słońce, czy mrówka, czy pies... wszystko jest wielkim "oooo".

Odkryłam, że moja natura biurokratki bardzo ułatwia mi organizację dnia. Nie mogę żyć bez planów i kalendarzy. Myślałam, że dziecko wprowadza do życia jedynie chaos, ale miło się zaskoczyłam. Dziecko lubi stały harmonogram nie mniej niż ja. Im bardziej wszystko jest poukładane, tym spokojniej i weselej. Oczywiście, co jakiś czas wyskakuje jakiś trybik i wszystkie plany sypią się jak domek z kart, ale cóż... nie może być zbyt idealnie, a i mama potrzebuje trochę niezaplanowanej "rozrywki".

Odkryłam, że pozostawienie dziecka pod opieką dziadków (bo tylko oni z nim zostawali) nie jest żadną zbrodnią, a czasem przynosi miły dla ciała i duszy relaks. Mały kocha dziadków i lubi z nimi spędzać czas, więc czasem wolę go zostawić z nimi, niż ciągać po marketach.

Odkryłam też, że nie jestem samowystarczalnym cyborgiem. Pierwszy raz w tym roku poczułam, jak to jest nie móc zająć się dzieckiem. Było to podczas mojej choroby. Pierwszy raz poprosiłam o pomoc...

Odkryłam, że mimo szczerych chęci, dobrze zorganizowanego czasu, głowy pełnej pomysłów... praca przy tak małym dziecku jest niezwykle trudna. O ile szeroko pojęte obowiązki domowe nie stanowią żadnego problemu, bo przeważnie Synek mi towarzyszy, o tyle praca jest czasem niemożliwa, bo Mały towarzyszyć mi nie może. Kombinuję jak mogę, gdy tylko śpi... ale czasem sama padam. Wiele więc spraw czeka na realizację w 2013.

I na koniec odkryłam, że nie jestem całym światem dla mojego Malca. Czasem wręcz odsuwa mnie, gdy sam chce się pobawić, ucieka z klockami w kąt, albo uznaje, że z tatą zabawa jest lepsza. Oj tak... mój dzielny Synek zaczyna się separować... staje się coraz bardziej samodzielny. Choć wciąż miewa dni "mamo, nie odstąpię cię na krok. Będę tak na tobie wisiał od rana do wieczoroa, a i w nocy się na tobie wyłożę". Ale to nic... kocham takie chwile i je celebruję, bo już za chwil parę Mały przestanie lepić się zupełnie...

Tyle odkryłam w tym roku...

Ciekawe, co przyniesie 2013?

Bawcie się dobrze dzisiejszej nocy, a w Nowy Rok wkroczcie z uśmiechem i optymizmem :)))

niedziela, 30 grudnia 2012

Na Zdrowie: Joga w ciąży z Brendą Strong

Dziś ostatni post w tym roku z cyklu "Na Zdrowie". Wiele z Was czekało na niego, bo obiecałam. I obietnicy dotrzymuję.

Joga w ciąży. Temat modny. Wiele celebrytek chwali się w czasopismach jakie to zbawienne skutki przyniosła joga podczas ich ciąży. Wierzyć? Nie wierzyć? Spróbować warto.

Nie polecam samodzielnej praktyki, jeśli wcześniej nie miałaś do czynienia z jogą. Lepiej stawiać pierwsze kroki pod okiem instruktora (niezależnie czy jesteś w ciąży czy nie).

Jeśli jednak ćwiczyłaś jogę już wcześniej, a stan zdrowia ci na to pozwala, nic nie stoi na  przeszkodzie, by kontynuować ćwiczenia.

Co daje praktyka jogi w okresie ciąży?

- Szybki powrót do formy po porodzie, poprzez zachowanie masy mięśniowej przez cały okres aktywności fizycznej.

- Łatwiejszy poród. Zwiększona siła i lepsza kondycja wzmacniają mięśnie krocza, macicy i sprzyjają wzrostowi łożyska, które reguluje skurcze i ułatwia poród*.

- Równowagę hormonalną.

- Zmniejszenie bólu pleców. Wiele pozycji w jodze wspiera właśnie odcinki dolnej partii kręgosłupa i wzmacnia mięśnie przykręgosłupowe, co ułatwia dźwignie naszego "ciężaru". 

Jeśli jesteście zainteresowane tym, jak wygląda joga w ciąży w praktyce polecam wszelkie publikacje internetowe z Brendą Strong. Jest ona moim guru jeśli chodzi o jogę hormonalną. Ćwiczenia z nią są przyjemne i skuteczne :)

A oto kilka przykładów:






 
*Źródło

piątek, 28 grudnia 2012

Bo tata też ma coś do powiedzenia w kwestii wychowania

Święta cieszyły mnie w tym roku ogromnie, z różnych powodów. A najważniejszy z nich to ten, że moi chłopcy dwaj spędzą ze sobą trochę więcej czasu.

I tak jak przewidziałam, tak się stało. Mały praktycznie nie odstępował taty na krok. Razem się wygłupiali, kopali piłkę, oglądali bajki, śpiewali kolędy (albo coś w tym stylu). Nawet zakatarzeni obaj, leżeli razem w łóżku i wypoczywali.

Tata oczywiście wykorzystał ten czas na wpajanie Synkowi zasad życiowych, a że chciał nadrobić stracony czas, co rusz wyskakiwał z jakąś "mądrością".

W pewnym momencie z pokoju usłyszałam:
- Synu, choć namaluję Ci to co w życiu jest najważniejsze...

No nie mogłam tego przegapić, więc wparowałam z marchewką w jednej ręce (właśnie gotowałam obiad) i aparatem w drugiej. Oto co zobaczyłam:





A Tata rzecze:

- Zawsze najważniejsi są mama i tata. I piłka. I komputer. I pilot do telewizora. Bez tego ani rusz w życiu...

I kropka ;)




czwartek, 27 grudnia 2012

Już za nami...

Tyle czekałam... tyle przygotowałam... a dziś po świętach nie ma ani śladu. Rano sprzątnęłam świąteczną zastawę, resztki jedzenia pomroziłam, ściągnęłam obrusy i serwety do prani, umyłam podłogi...

Nie ma.

Została tylko choinka.

Muszę szczerze powiedzieć, że były to niezwykle udane święta. Rodzinne, domowe, tak jak chciałam, choć drugi dzień przeleżeliśmy wszyscy w łóżku z ogromnym katarem, to i tak było klimatycznie.

Tak mniej więcej wyglądał mój stół wigilijny (zdjęcie zrobiłam podczas strojenia, więc jest "częściowy")


A to już zabawa po wieczerzy prezentem, który Synek dostał od dziadków...

A teraz trzeba przygotować się do Sylwestra :)

piątek, 21 grudnia 2012

Mikołaj od ciasteczek

Po mojej rodzinie krąży ciasteczkowy Mikołaj... a raczej całkiem niczego sobie Mikołajowa :)

Uruchamia ona produkcję ciasteczek świątecznych tuż przed świątecznym weekendem, wedle bardzo sekretnej receptury, by rozwieźć je po rodzinie dnia następnego. Taka paczuszka właśnie wczoraj dotarła i do nas:





Jeszcze nie otwarliśmy... schowałam wysoko, bo Małemu to się już oczy zaświeciły, gdy paczuszkę zobaczył. Wolałabym, by świąt doczekała... a przynajmniej Wigilii.

Dziękujemy Ciociu G. (tzn. Mikołajowo) :)))

czwartek, 20 grudnia 2012

Taty Era

Mały tęskni za tatą.
Płacze kiedy wychodzi. Trzyma się go kurczowo i nie chce puścić.
Gdy ten wraca do domu, Synek ciska w niego czym popadnie. Złości się.

Niestety ostatni miesiąc jest tak zawalony robotą, że Mr.Tata wraca do domu późno i tego czasu spędzonego z dzieckiem jest niewiele...

A Mały czeka... czasem siedzi pod drzwiami i na każde trzaśnięcie drzwi windy szepcze "TATA..."
Na mnie też zaczął mówić tata... a dokładniej "TADA"

Tak więc mieszkają z Synkiem Tata i Tada...

Mr.Tata tęskni okrutnie... nie raz coś mu się wyrwie pod nosem, na ten niesprawiedliwy świat...

Tak się cieszę, że święta już tak blisko. Moi chłopcy wreszcie spędzą ze sobą trochę więcej czasu...

wtorek, 18 grudnia 2012

Na bogato?

Robicie już zakupy przedświąteczne?

Ja właśnie zaczęłam skupować produkty spożywcze, a że sama jak palec jestem... tzn. z Małym moim pomocnikiem, to na raty zakupy rozłożyć muszę.

Przygotowałam świąteczne menu.
Zrobiłam listę zakupów.
Trzymam się jej!

Nie mam zamiaru kupować nic ponad to co mi jest naprawdę potrzebne. W moim domu nie marnuje się jedzenia, dlatego przygotuję dokładnie tyle ile jesteśmy w stanie zjeść. Wiadomo, że pędzie ciut ponad, zwłaszcza, że pewnie i teście smakołykami nas obdarują... ale już przygotowałam pojemniczki, by ewentualną nadwyżkę zamrozić.

I ze znajomą rozmawiałam, co pierwszy raz święta  u siebie robi. I porównywałyśmy menu, a ona takie wielkie oczy zrobiła, jak moją listę zobaczyła:
- to u was tak skromnie będzie...

Uwielbiam tradycyjną kuchnię i tradycyjne potrawy zwłaszcza świąteczne, ale to nie znaczy, że mam tego naprodukować na 20 osób, gdy w sumie będzie nas piątka. Skromnie... ach, z jaką przyjemnością odchodzę od tej polskiej tradycji, co to stoły od jedzenia się uginają...

Skromnie czy na bogato... każdy sam podejmie decyzję, ale to co się w sklepach wyprawia... same wiecie.

Nerwów na wodzy na ten tydzień życzę ;)




poniedziałek, 17 grudnia 2012

Upadłe Anioły

Rozkręciłam się świątecznie na całego. Porządki, zakupy, świąteczne mega przeboje... i choinka.

Moi chłopcy w sobotę ubrali samodzielnie choinkę. Zrobili mi niespodziankę. No przynajmniej próbowali, bo nie mogłam się powstrzymać, by nie wejść do pokoju i nie pstryknąć kilku fotek. Zresztą zwabił mnie do nich jeszcze jeden powód... odgłos spadających z hukiem na podłogę ozdób świątecznych.

Gdy weszłam zobaczyłam zastępy moich własnoręcznie robionych, solnych bezskrzydłych już aniołów. Tak... zaliczyły ostre lądowanie, gdy Mr.Tata otworzył karton z ozdobami...

Synek nie wiedział gdzie ma oczy i ręce posiać. Ze sznurkowych bombek zrobił sobie piłki do kopania, z łańcuchów sznur do ciągnięcia... tylko choinka go nie interesowała, bo żywa, więc kująca.

Moim zdaniem, cała dekoracja wyszła pierwszorzędnie. I kokarda zamiast szpica, całkiem nieźle wygląda (Mr.Tata nie potrafił go znaleźć, a ja nie chciałam popsuć jego kreatywnych pomysłów). No i upadłe anioły na gałązkach znalazły swoje miejsce.




Niech nie będzie perfekcyjnie w te święta... Niech będzie domowo i rodzinnie. Bez spiny :)

piątek, 14 grudnia 2012

Wigilia w domu

Uwielbiam spędzać Wigilię we własnym domu... To czas dla mnie bardzo szczególny, magiczny wręcz. Gdy mieszkałam z rodzicami jeszcze, byłam wdzięczna, że nie musimy nigdzie jeździć, że zostajemy w czwórkę w domu i spędzamy razem czas... może dlatego, że tych rodziców w ciągu roku jakoś tak mało było...

Gdy wyszłam za mąż i rozpoczęłam samodzielne życie, nie wiedziałam jak ma ta Wigilia wyglądać. Zdecydowaliśmy się jednak spędzać ją w domu, we dwójkę, jako rodzina. I tak nam się udało przez pierwsze dwa lata.

Później, z różnych przyczyn, spędzaliśmy święta głównie u teściów, no i raz (w zeszłym roku) u moich rodziców... I widziałam, jak Mr.Tata kręci się, i miejsca nie może sobie znaleźć... bo nie jest u siebie. A to Wigilia, czas szczególny, czas rodzinnego komfortu psychicznego, a nie spiny.

W każdym domu ten wieczór wygląda inaczej. Inaczej jest u teściów, inaczej u rodziców, a zupełnie inaczej jest u nas w domu.

Tak naprawdę nie mam nic przeciw "tłumom" przy stole, wręcz przeciwnie. Lubię spotkania rodzinne, lubię śmiech, opowieści dziwnej treści, życzenia, których się nie pamięta... lubię to. Jednak najbardziej lubię być w ten dzień u siebie...

Dlatego udało nam się wypracować w tym roku kompromis. Zostajemy w domu! Ale nie sami. Na kolację zaprosiliśmy teściów. Zgodzili się, choć obawiałam się, że będą mieli opory, wszak nie spędzali Wigilii poza domem z jakieś dwadzieścia lat co najmniej.

Nie wiem czy będzie im się podobało "po mojemu". Nie wiem... mam nadzieję, że tak, bo to rodzi nadzieję na nową tradycję... wieczerzania u nas...

Ja w każdym bądź razie w tym roku jestem głęboko zrelaksowana świętami. Cieszę się, że nadchodzą tak szybko. Robota pali mi się w rękach... klimat jest taki jak nigdy :)

A na dobry świąteczny nastrój:

czwartek, 13 grudnia 2012

"Szlacheckie" zwyczaje...

Tak, tak... mój Mały zachowuje się ostatnio niczym Kmicic w karczmie.

Wypija mleczko z butelki i wyrzuca pustą za siebie...
Wypija herbatkę z kubeczka i ciska nim o podłogę...
Zjada obiadek i pustą miskę na ziemię zrzuca... bo jakże tak puste naczynia mają stać na stole...

W przypływie dobrych chęci odniesie talerz do kuchni, by wrzucić go do zlewu. A że dobrze jeszcze nie sięga to wyrzut w górę jest porządny! Ileż to już się w moim domu wytłukło... nawet nie potrafię zliczyć...

Czas przeprosić się z plastikową zastawą, póki Małemu te "szlacheckie" zwyczaje nie przejdą...

wtorek, 11 grudnia 2012

Sezon saneczkowy

W ten weekend Synek pierwszy raz siedział na sankach.

Sanki to oczywiście prezent mikołajkowy od dziadków. Z racji mojej choroby pierwsze saneczkowe wyjście Małego zainaugurowali właśnie oni. A oto relacja teściowej z przebiegu wyprawy (mniej więcej):

"No i posadziliśmy Go na sankach, ale nie chciał siedzieć. Cały czas się kręcił i wstawał. Ujechaliśmy chyba z metr i Dziadek musiał Małego za rękę prowadzić. A ja taszczyłam te sanki za nimi".

No... to sobie Synek pojeździł...

Fotorelacji brak, a zdjęcia pustych sanek nie wstawiam, bo jak sanki wyglądają każdy wie :)

Może nam się uda w ten weekend zabrać Synka na wyprawę saneczkową. Zobaczymy, może mu się jednak spodoba.


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Po chorobowo i po mikołajkowo

Dziś czuję się lepiej. Stanęłam na wadze i zobaczyłam 42kg!
Jestem w szoku jak szybko "jelitówka" wykańcza organizm. I pomyślcie sobie, co biegunka rotawirusowa z dzieckiem robi, skoro młoda i silna kobieta w ciągu trzech dni traci prawie 8kg!

Mam nadzieję, że nawrotów nie będzie, a i apetyt dziś mam i w brzuchu burczy...

Na pocieszenie wczoraj Mr.Tata kupił mi spóźniony prezent mikołajkowy:


Uwielbiam takie niespodzianki :)))

sobota, 8 grudnia 2012

Dobrze móc liczyć na kogoś w potrzebie...

Rozłożyło mnie choróbsko. Grypa jelitowa.
Pierwszy raz odkąd zostałam mamą zachorowałam tak, że nie byłam w stanie zająć się dzieckiem...

Jak to dobrze, że miałam do kogo zadzwonić. Moi teście już pół godziny po telefonie byli u mnie z zakupami i specyfikami farmaceutycznymi... Cały dzień zajmowali się Małym, tak, że mogłam spokojnie dochodzić do siebie.

Pierwszy raz byłam w sytuacji, że musiałam prosić o pomoc. I całe szczęście, że miałam kogo o nią prosić. Całe szczęście!

Muszę im teraz ładnie podziękować :)

A dziś czuję się lepiej, choć trzęsie mną na wszystkie strony, i nic prócz wody i biszkoptów nie przyjmuję.

czwartek, 6 grudnia 2012

Całkiem wyluzowany Święty...

Z racji tego, iż dziś Święty Mikołaj ma bardzo dużo pracy, my, chcąc go odciążyć troszeczkę, zaprosiliśmy go do siebie już wczoraj.

W tym roku Święty okazał się całkiem wyluzowany. Musieliśmy mu wybaczyć godzinne spóźnienie, oraz niedopracowanie ubrania wyjściowego (które zakładał, o zgrozo tuż przed samym wejściem, pod windą!). Cóż Święty to Święty i nie ma co dyskutować, ważne, że dotarł w ogóle :)





Mały czekał na Świętego cały dzień. Słuchaliśmy świątecznych przebojów, próbowaliśmy zrobić dekorację i upiec pierniki. Nieskutecznie niestety, ale najważniejsze, że Synek czuł, że wydarzy się coś ważnego.

Gdy w końcu się zjawił, Mały zdezorientowany wbił się we mnie swoimi pazurkami. Dopiero, gdy Mikołaj przemówił, coś jakby zaświtało w jego głowie, coś swojskiego, coś co już dobrze zna, ale ni jak dźwięk z obrazem nie chciał współgrać.

Prawdziwy dramat nastąpił gdy posadziłam Małego Świętemu na kolanach. Och co to był za szloch. Na szczęście trwał krótko, bo Mikołaj od razu zabawkę wyciągnął... No i po krzyku. I nawet pomachał mu na pożegnanie, i coś co przypominało buziaka posłał.




Bardzo Mały zafascynował się zabawką. A najbardziej młotkiem. Trzaskał i trzaskał... aż sen go znużył. Ucieszyłam się, bo lubię jak Mały dostaje zabawki, które uczą, koordynują, rozwijają itd. Dziś odkryliśmy, że zabawka bardziej niż koordynację oko-ręka, ćwiczy kreatywność.

Mały zamiast młotkiem, pałeczki wbijał stopą, bo łatwiej... a na końcu zaczął na nich siadać, bo wszystkie na raz można przebić na drugą stronę. Gdy rozpracował system... znudził się :)

Uwielbiam takie "mądre"zabawki, dlatego w przyszłym roku Synek sam napisze list do Świętego, nie mama...

wtorek, 4 grudnia 2012

Barbórka

Dziś na Śląsku święto górnicze - Barbórka.

Pamiętam jak byłam dzieckiem, czekałam na ten dzień prawie jak na Mikołaja. Stałam w oknie i wypatrywałam orkiestry górniczej, wędrującej i grającej na przykopalnianych osiedlach.


 zdjęcie pochodzi z zasobów internetowych

Ile już czasu upłynęło, odkąd ostatni raz w mroźny, grudniowy poranek obudziły mnie dźwięki trąbek i bębnów. Potem szło się do kościoła, gdzie zamiast organów wnętrze wypełniały orkiestrowe brzmienia. Górnicy w strojach galowych, pod pachą trzymający czapy z pióropuszami. Nie raz widziałam jak im się łza w oku kręci... jedyny taki dzień.

Potem obiad uroczysty. Oczywiście rosół, rolada, kluski śląskie i modro kapusta. Kto mógł to zasiadał do stołu. Przychodziła i babcia, i dziadek gdy jeszcze żył, czasem ciotki zjeżdżały.

Dziś chyba już się tak nie świętuje. Brak czasu na barbórkowe świętowanie, a i górników jakby mniej...

Na szczęście teściowa, Barbara, podtrzymuje tradycję. Zwykle chodzimy do niej na śląski obiad. Niestety w tym roku przyjść nie możemy... szkoda, bo wiem, że byłoby jej bardzo miło.

Wszystkim Barbarom składam dziś serdeczne życzenia imieninowe :)


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Santa Claus is coming to town

Po czym poznać, że w naszym domu zagościł już nastrój świąteczny?
Po tym, że każdy dzień zamiast od "dzień dobry" zaczynamy refrenem: Santa Claus is coming to town.

Taka śmieszna tradycja, rozpoczęła się od żartów, by rozchmurzyć jakoś nie najlepsze przedświąteczne humory... i tak została.

I przynajmniej uśmiechamy się od rana...

A by poczuć święta bardziej postanowiłam ulepić wraz z Synkiem, z masy solnej kilka ozdób choinkowych.


(wiem, że nie najlepsza jakość zdjęć ale właśnie pstryknęłam na szybko. Można się dopatrzeć: autka, samolotu, kwiatka i ślimaka...)

Wyszło dosłownie kilka. To znaczy... było ich więcej, ale Mały postanowił naszym dziełom przywrócić kształt pierwotny.

Nie wiem czy coś w ogóle zostanie, gdy będziemy je malować farbkami.

W każdym bądź razie zabawa była przednia!

niedziela, 2 grudnia 2012

Z Największym Skarbem...

Wyszłam z Synkiem na spacer.
Na spacer bez wózka.
Nagle czuję szarpnięcie. Mały złapał za torbę przechodzącą obok kobietę. Ta zatrzymała się i uśmiechnęła. Przykucnęła i powiedziała do Synka:

- ale masz szczęście. Twoja mama wyszła na spacer ze swoim Największym Skarbem...

Przez cały spacer jej słowa dźwięczały mi w uszach...
Największy Skarb!

To prawda. Kobieta trafiła w sedno. Nie mam nic cenniejszego niż mój kochany Malec. Nic na świecie nie liczy się bardziej. I znów przypomniałam sobie, jak długo musiałam czekać, by pojawił się na świecie. I znów poczułam wdzięczność, że los jest dla mnie łaskawy. Że pozwolił mi doświadczać tych pięknych chwil.

Macierzyństwo sprawiło, że czuję się kompletna, wyjątkowa, szczęśliwa, spełniona....

Mam najpiękniejszy, największy, najcudowniejszy Skarb na świecie... mojego Syna.
Kocham go miłością tak ogromną, że aż niewyobrażalną.

Razem, całą naszą trójką jesteśmy w stanie góry przenosić...
I przeniesiemy jak będzie taka potrzeba!



sobota, 1 grudnia 2012

Pierwsza Taka Noc!

Mój Mały pierwszy raz od ponad roku przespał całą noc!

Całą noc!

Od 19.15 do 6.45!

Nie łudzę się, że od dziś będzie przesypiał noce, ale jeśli zdarzyła się Pierwsza Taka Noc, to zdarzy się i druga... i trzecia...

Nadchodzą zmiany :) Czuję to...


piątek, 30 listopada 2012

Światełko

Nastały długie i ciemne wieczory. Czas się do nich przyzwyczaić, a nawet je oswoić.

My już mamy sposób:





Światełko latarki jest doskonałym sposobem by oswoić noc...
Cóż za zabawa...

Wystarczy pogasić światła w domu, wziąć do ręki latarki i biegać z nimi od jednego kąta do drugiego...
Może porobimy lampiony, by było bardziej kolorowo?
Kto wie?

Ps. Światełko widać też w naszych komputerowych problemach :)

środa, 28 listopada 2012

Jak bez ręki...

Nie ma co ukrywać, że w dzisiejszych czasach brak komputera to rzecz straszna.

Padł nam komputer. Psuł się od jakiegoś czasu, ale jakoś dawaliśmy radę go ponownie uruchamiać. Udało nam się też przenieść wszystkie ważne dane na mojego netbooka. Ale niestety ten zaczął strasznie mulić.

Naprawimy go nie wcześniej niż za kilka dni, więc dostęp do newsów na waszych blogach mam ograniczony. Tzn. staram się czytać, ale pozostawienie komentarza to już duża sztuka, więc wybaczcie mi milczenie.

Z dobrych wiadomości, to udało nam się w końcu (!) uruchomić internet bezprzewodowy, więc żegnaj kabelku :)

Bez komputera czuję się jak bez ręki... oby jak najszybciej udało nam się ten problem rozwiązać.
Trzymajcie kciuki.

niedziela, 25 listopada 2012

Na Zdrowie: Przepis na naleśniki

Ten wpis pojawia się na życzenie moich drogich czytelniczek. Ostatnio wspominałam, że moim ulubionym daniem są naleśniki ze szpinakiem. Dziś zdradzę, jak je przyrządzam...

Naleśniki ze szpinakiem wg HPM


Ciasto naleśnikowe:

2 szklanki mleka
1 szklanka wody
1 jajko
1/4 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki cukru
mąka w ilości potrzebnej do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Ja często stosuję mąkę razową

Wszystkie składniki mieszamy (miksujemy) i smażymy naleśniki na prawie suchej patelni (o ile mamy teflonową). Przed smażeniem naleśników nacieram patelnię oliwą z oliwek. Czynność powtarzam, gdy patelni podczas pieczenia robi się zbyt sucha. Nie lubię naleśników smażonych w dużej ilości tłuszczu.


Farsz:

1 opakowanie mrożonego szpinaku w brykiecie lub liściach
1/2 opakowania twarogu chudego lub 1 opakowanie twarożku naturalnego do kanapek
2 ząbki czosnku
sól, pieprz do smaku

Odmrażamy szpinak i stawiamy go na ogień w celu odparowania wody. Chwilę go parzymy, dodajemy rozgnieciony czosnek. Uważamy, by nie przypalić szpinaku, bo stanie się gorzki. Po chwili (ok 5min.) gasimy palnik i dodajemy serek oraz przyprawy. Mieszamy aż do uzyskania jednolitego farszu.

Teraz przyszła pora na nadziewanie naleśników. Polecam zasadę jak kto lubi, byle się naleśniki dało zwinąć. Ja je po prostu składam w kostkę. I gotowe :)




A teraz wersja de luxe:
Przygotowujemy dodatkowo ulubiony sos (np. serowy), nadziane naleśniki układamy w naczyniu żaroodpornym, polewamy i zapiekamy ok 15min. w piekarniku nagrzanym do 180stopni. Można też posypać grubo startym serem, bądź ułożyć pokrojoną mozzarelkę.

Taką wersję preferuje Mr.Tata. Ja  z reguły pozostaję przy podstawowej ;)

Smacznego!


piątek, 23 listopada 2012

Wyniki Konkursu

Z ogromną przyjemnością ogłaszam wyniki konkursu organizowanego razem z producentem wody Mama i Ja


Napłynęło wiele głoszeń, za które serdecznie dziękuję.

Pierwsza nagroda trafia do rąk autorki wypowiedzi:

Jestem mamą rocznego Karolka , mogło by się wydawać ze dziecko w tym wieku nie potrafi się w nic bawić i nie można go niczym zając nie ma nic bardziej błędnego niż to stwierdzenie,
Razem z synkiem uwielbiamy wspólne zabawy a szczególnie w długie jesienne wieczory i jest ich naprawdę bardzo dużo. Lubimy się bawić szczególnie teraz kiedy wieczory są długie i chłodne.
Jestem przeciwniczką zajmowania dziecka komputerem czy telewizorem, istnieje wiele zabaw w które możemy się wspólnie z dzieckiem pobawić a przy tym nauczyć wielu pożytecznych rzeczy i pomóc w rozwoju dziecka.
Naszą ulubiona zabawa jest malowanie farbami za pomocą raczek. Oczywiście do tej zabawy musimy odpowiednio zabezpieczyć teren, ja używam foli malarskiej, na niej rozkładam brystol, farby wylewam na talerzyki i zaczynamy malowanie :D:D. Tak, malowałyśmy palcami. Na początku zamoczyłam każdy paluszek Karolka w innym kolorze i pomogłam odcisnąć go na kartce. Potem pomalowałam synkowi całą dłoń i znów zrobiliśmy odcisk. Karolek był zainteresowany zabawą i aż rwał się do farb. Dlatego pomyślałam, że teraz on może wysmarować moją dłoń farbą. Farby paluszkowe są specjalnymi farbami, dlatego nie bałam się, kiedy usmarowała sobie brodę lub ubranie (bardzo dobrze się spierają, nie są toksyczne). Wreszcie nadeszła pora na malowanie po papierze. Kontrolując cały czas, co robi moje dziecko (względy bezpieczeństwa), pozwalałam mu na dowolne eksperymentowanie i malowanie. W trakcie zabawy nazywałam kolory, których używaliśmy. W pewnym momencie Karol wszedł na kartkę i ubrudziła się jego stópka. To podsunęło mi pomysł, żeby pomalować mu stópki i odcisnąć je na kartce. Wszystkie odciski podarowałam babciom i dziadkom. Uwielbiamy również wszelkie pudla i kartony zamieniać w domki ale najpierw oczywiście potrzebują one naszej malarskiej raczki :DD:
Inna nasza ciekawą zabawą jest czytanie Nazywanie różnych przedmiotów, zwierząt, osób może się również odbywać przy wspólnym czytaniu książeczek. Przeczytaj krótki wierszyk maluchowi, a potem skup się na ilustracji. Jeśli pokazujesz jakieś zwierzę, możesz je zarówno nazwać, jak i zademonstrować dziecku, jaki dźwięk wydaje. Możesz też skupić się na kolorach. Często używam również różnych maskotek i zabawek i pokazuje je na żywo i w książęce.
Kolejną nasza ulubiona zabawą jest rzeźbienie w masie solnej.. Postanowiłam, że masę wykonam razem z moim dzieckiem. Do jednej miseczki wsypałam mąkę i włożyłam w nią rączkę dziecka. Do drugiej wsypałam sól. Jeśli Twoje dziecko nie ma żadnych zadrapań (może szczypać!), również włóż jego rączkę do tej miski. Ten eksperyment zadziała na zmysł dotyku dziecka. Potem wsypcie mąkę i sól do jednej miski i mieszajcie rękami. Pozwól dziecku mieszać, nawet jeśli dużo wysypuje poza naczynie. I ostatni składnik: woda. Zamocz rączki dziecka w letniej wodzie i pochlap go. Następnie wlej wodę do mąki i soli i ugniataj masę. Dziecko będzie obserwować, co robisz. Masa gotowa, wiec zaczynamy zabawę. Wciskanie paluszków, odciskanie rączki, stópki - co tylko przyjdzie Wam do głowy. Masa jest przyjemna w dotyku i miękka, w odróżnieniu od plasteliny, która jest zbyt twarda. Kiedy maluch oswoi się z masą, można zacząć robić wspólnie kuleczki, wałeczki (trzymając i prowadząc rękę dziecka razem ćwiczymy) i inne, bardziej zaawansowane kształty. Zróbcie kilka zwierzątek i nazwij je.
Kolejne nasze zabawy to:
Co jest pod chustą? Kilka wybranych przez nas przedmiotów przykrywamy chustką, a identyczne jak pod chustką przedmioty ustawiamy przed dzieckiem (muszą to być więc przedmioty w co najmniej 2 egzemplarzach, na przykład klocki, łyżeczki, zabawki). Pokazujemy jakiś przedmiot, podajemy kilkakrotnie jego nazwę. Pytającym gestem zachęcamy dziecko, aby znalazło pod chustą ?parę" do danego przedmiotu. Bądź zabawa w a ku ku.
Tak po krotce wyglądają nasze jesienne zabawy 

Drugie miejsce:

Fajną zabawą z dzieckiem zwłaszcza w ciemne jesienne wieczory jest tworzenie teatrzyku cieni na ścianach. Wystarczy jedynie włączyć lampkę nocną i za pomocą własnych rąk wyczarować na ścianie różne postacie. Oczywiście można też bardziej kreatywnie- wcześniej powycinać z kartonu naszych "aktorów" i przykleić ich taśmą klejącą, np. do rureczek do napojów.


Trzecie miejsce:

 
Mamy dużo ulubionych zabaw, nawet więcej niż ma mama . Najfajniejsze są wygłupy w łóżku, szczególnie przydatne jak nie ma się ochoty wstawać. Pierwsza zabawa to zabawa w "cztery strony świata", polega ona na podziale łóżka na cztery części i nazwaniu ich nazwami różnych Państw. Następnie bawimy się, w ten sposób, że na zmianę podrzucamy pluszową piłkę, ten który nie złapie, zabiera część "terytorium" państwa przeciwnika. Zabawa jest super. Lubimy też takie tradycyjne zabawy jak w chowanego,
czy też w teatrzyk. Mała uwielbia również ustawianie krzeseł w kwadrat, zawieszanie koca, jako dachu i zabawę w namiot. Nie zapominamy również o kolorowankach, robieniu laurek pracującej mamie, czy też robieniu różnych rzeczy z papieru, tzw. Orgiami. Ze wszystkich tych zabaw, jakie dotychczas mieliśmy okazję wypróbować najbardziej przypadło nam do gustu robienie ludzików z kasztanów, żołędzi i plasteliny. Była to rewelacyjna zabawa, nie tylko dla małej, ale też dla mnie. Stworzyliśmy sami
różne postaci, zwierzątka i bawiliśmy się takimi ludzikami w farmę . Zawsze przed świętami robimy kilkumetrowe łańcuchy na choinkę, gwiazdki i aniołki z papieru, kolorowe pisanki, baranki na stole. Oprócz tego, jako chłopiec oczywiście uwielbiałem samoloty z papieru, czym zarażam teraz córkę. Często mała siada z mamą przy maszynie i tworzą :) Ostatnio zgubiła się jednak skarpeta i nie było pary powstawał więc misiek - jedna z ulubionych zabawek malutkiej. Robilmy laurki na dzień mamy, babci
itp., wyklejanki z bibuły, czy też odciskanie dłoni na kartce. W domu mamy również farbki do malowania na szkle i częśto twrzymy arcydzieła ;)
Jak widać z tatą też można się dobrze bawić, a rozwój mojej księżniczki wspieram poprzez wybieranie zabawek kreatywnych i zabawę w takie zabawy :) Staram się, by dziecko miało jak największe możliwości rozwoju i pokazuje jej, że nie najfajnieszje są zabawki, które grają, śpiewają i tańczą, tylko te które uczą i dzięki którym możemy się czegoś nauczyć :) Narazie jest mała, ale idzie nam dobrze. Jestem dumnym tatą małej wesołej córeczki. 

Wszystkim laureatom gratuluję!  Odezwę się drogą mailową w celu zebrania adresów do wysyłki :) 

czwartek, 22 listopada 2012

Lubi - nie lubi

Nie mogę uwierzyć, że przy stole razem z nami siedzi taki duży chłopiec. Jeszcze niedawno miksowałam dla niego papki, a teraz... je "dorosłe jedzenie, z "dorosłych" talerzy, przy "dorosłym" stole... Uwielbiam te nasze wspólne posiłki.

Cieszy mnie jak Synek z uśmiechem biegnie do stołu, gdy słyszy jak wyciągam talerze. A jeszcze bardziej mnie cieszy jak mu smakuje mój obiad, jak wylizuje talerz do końca, jak mówi "nam nam"... Serce rośnie.

Hiciorem w naszym domu jest zupa pomidorowa. Lubi ją tak bardzo, że ostatnio, gdy zjadł swoją porcję to się rozpłakał, że to już koniec. Dostał dokładkę oczywiście, za to drugiego dania nie tknął.

Poza zupą pomidorową istnieje też marchewka. Czasem muszę ugotować więcej, bo zanim warzywo wyląduje w daniu, znika... w niewyjaśnionych okolicznościach. Oj tak, ciasto marchewkowe też jest super.





(wczorajszy obiad: marchewka na gęsto, ziemniaczki i kotlecik szarpany z kurczaka)


I szpinak lubi, najlepiej z twarożkiem, i gulaszem z cukinią nie pogardzi, i pomidorkiem z jajeczkiem... i oliwki ze słoika wyjada, lubi jeść mój chłopiec...

Ale nie wszystko mu smakuje, oj nie. Nie lubi kapusty kiszonej, w żadnej wersji... ani w zupie, ani ugotowanej, a od surowej ucieka... cóż jest z tą kapustą? Może i na nią przyjdzie czas. Nie lubi też gotowanego kurczaka, chyba, że wkrojonego do zupy... i za bułką nie za bardzo przepada... lepszy chlebek jest.

A dziś robię naleśniki ze szpinakiem... nasze danie rodzinne, bo wszyscy je lubimy najbardziej :)))

środa, 21 listopada 2012

Świat Zabawek...

Mikołaj już tuż tuż i zaczęłam myśleć o prezentach świątecznych. Ale co tu kupić półtora miesięcznemu dziecku, skoro najbardziej fascynującą zabawką jest dla niego mój telefon komórkowy...

No może jeszcze piłka, a raczej trzy bądź cztery, które kopie z zapałem, w dzień i w nocy, a nawet spać się kładzie układając je sobie w łóżeczku. Przykrywa kołderką i głaszcze. Mój mały piłkarz...

Będąc ostatnio na zakupach w hipermarkecie, zostałam porażona "plastikiem" wystawionym już na ten mikołajkowy szał. Nie jestem ortodoksyjna pod względem zabawek. I plastiki i drewniaki i hand made Mały posiada w swojej niewielkiej kolekcji, ale to co widziałam to mnie powaliło. Szczerze, to nie miałam ochoty na żadną z wystawionych rzeczy. Nie wiem, może to dlatego, że w kupie to wszystkie wyglądały tandetnie, choć przy bliższym oglądzie można było dostrzec kilka perełek. Oczywiście tłumy rodziców już zaczęły przekopywać regały... Szaleństwo się zaczęło.

A ja w kropce jestem. Co tu wybrać? Nie chcę się poddawać temu zakupowemu szałowi. Nie chcę wydawać pieniędzy na coś co wyląduje na kolejne, długie miesiące w koszu z zabawkami...

Przecież  Prawdziwy Święty Mikołaj znów do nas w tym roku zawita. Nie może przyjść z pustymi rękami...

A wy macie już pomysł na prezenty?


wtorek, 20 listopada 2012

Prawdziwy mężczyzna...

Muszę Wam się pochwalić! Rośnie mi w domu prawdziwy mężczyzna... no macho takie, że aż strach...

Dziś rano, podczas porannego makijażu, towarzyszył mi mój Malec (zresztą jak co dzień). Z reguły jest zaabsorbowany papierem toaletowym, gąbkami, płatakmi higienicznymi... nieważne... ważne, że mam czas oko podkreślić.

Już kończyłam, już rzęsy tuszowałam... gdy odłożyć do kosmetyczki tusz miałam, zauważyłam, że owa zniknęła.

Odwracam się a na mnie patrzą oczka niewinne i uśmiech bezcenny...

Serce zadrżało...
Intuicyjnie zaglądam do toalety...

Tak. Mój Mały Mężczyzna spuścił zawartość mojej kosmetyczki w klozecie... Tusz się tylko ostał...

Wzięłam Małego na ręce , które prawie opadły z bezsilności, uśmiechnęłam się  i powiedziałam na uszko:

- Kochanie, Tata będzie z ciebie dumny!


***

Dziś ostatni dzień zgłoszeń konkursowych. Czekam na Wasze propozycje do godz. 23.59 :)))


poniedziałek, 19 listopada 2012

Światowy Dzień Toalet

Wyobrażacie sobie dom bez toalety? Chyba nikt nie bierze takiej ewentualności pod uwagę.

Posiadanie papieru toaletowego również nie jest żadnym luksusem. Jest standardem higienicznym. Jego brak może doprowadzić do niezłej frustracji. Ja nawet w podróż wybieram się z rolką w torbie, by nigdy nie zaskoczyła mnie sytuacja, że potrzebuję skorzystać z toalety a tam papieru brak...

To przecież taka norma, że aż ciężko sobie wyobrazić, że może być inaczej.

A może i jest niestety.

Bardzo przykro czyta się fakty, że z pośród 7 mld ludzi żyjących na świecie, co 3 osoba nie ma dostępu do toalety. Potraficie to sobie wyobrazić?

Na skutek biegunki spowodowanej złymi warunkami sanitarnymi każdego dnia umiera 3000 dzieci. Co 15 sekund życie traci jedno dziecko! A 95% przypadkom biegunki można zapobiec!

Liczba dzieci, które zmarły z powodu biegunki w ciągu ostatniej dekady, przekracza liczbę zabitych podczas konfliktów zbrojnych od czasu II wojny światowej!

Takie są fakty. Aż ciężko przejść wobec nich obojętnie. A może warto się choć na parę chwil zatrzymać i zadumać... Można oczywiście uznać, ze problem nas nie dotyczy, wszak każdy z nas ma toaletę w domu...

Można jednak inaczej.

19 listopada obchodzony jest Światowy Dzień Toalet wspierany przez markę Domestos, właśnie po to, by zwiększyć świadomość problemu, który dotyka co 3 mieszkańca Ziemi.

W centrum Londynu, by zwrócić na to uwagę, stanie 4,5 metrowa statua "Publicznej Toalety".

Ja nie jestem obojętna na tę sytuację, dlatego jedną z rzeczy, które mogę zrobić to przyłączyć się do akcji i moją wypowiedzią starać się nagłośnić problem.






Będę "pieczętowała" swój głos w tej sprawie, tam gdzie tylko będzie to możliwe. Każdy ma prawo do godnych warunków sanitarnych.


Ty też nie bądź obojętny wobec kryzysu sanitarnego!

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej zapraszam na: 


piątek, 16 listopada 2012

Babskie afirmacje

Mocno wierzę, że otaczającą rzeczywistość można wykreować poprzez myśli. Prosta zasady: "myśl pozytywnie a takie będzie twoje życie" oraz  "jeśli czegoś bardzo pragniesz to myśl o tym nieustannie, a myśli się zmaterializują" to niemal moje dewizy życiowe.

Wczoraj miałam dzień pt. "nie mam co na siebie włożyć". Taki babski standard, jeśli już dawno nie było się na zakupach. Otwarłam szafę i zapałałam do niej agresją. Najchętniej wyrzuciłabym wszystko co się w niej znajduje i zapełniła na nowo.

Kładąc się spać, postanowiłam wyobrazić sobie, że mam piękną PUSTĄ garderobę i robię ciuchowe zakupy od podstaw... I chodzę po tych sklepach i kupuję i już mam cały samochód zapakowany, gdy słyszę płacz Małego... Godz. 01.15, a ja jeszcze nie zasnęłam. Wciąż na zakupach... Mały wpakował się do łóżka i położył na moich nogach tak, że nie mogłam się ruszyć. Postanowiłam, że jeszcze chwilę poprzeglądam sklepowe półki...

Nie wiem o której zasnęłam. Ale wiem, że spałam za krótko.

Obudziłam się rozczochrana, z podkrążonymi oczami, zmęczoną cerą, w obślinionej przez Synka piżamie...

Mówię Wam... nocne zakupy nie służą poprawie wizerunku...
Dziś to by mi nawet Jacyków nie pomógł... taki mam LOOK ;)


czwartek, 15 listopada 2012

Co Ty Matko wiesz o wychowaniu...

Tak...

Miałam już nie pisać o Ciociach Dobra Rada, o Mitomanach i innych takich co to wiedzą, co jest dla dziecka dobre bardziej niż Matka...

Miałam, ale wczoraj zadzwoniła do mnie koleżanka. Urodziła dziecko 3 miesiące temu. Zadzwoniła i szlochała w słuchawkę, że już nie daje rady, że jest jej ciężko... Myślałam, że na początku, że macierzyństwo daje jej się we znaki. Słuchałam jak płacze. Wypowiedzi niespójne, ciężko było się połapać.

Poprosiłam by spokojnie opowiedziała o co chodzi. Okazało się, ze w jej domu dzieją się dantejskie sceny, że jej matka podważa każdą jej decyzję, mówi co ma robić, wyzywa od złych matek, ma pretensje, że ta jej się słuchać nie chce. I Straszy ją, ze jak się dąsa na jej rady, to ona przyjeżdżać nie będzie. A gdy przyjeżdża teściowa, to obie babcie wyrywają sobie dziecko i przekrzykują w dobrych radach, w imię oczywiście dobra dziecka.

Każda wie lepiej od matki co jest dobre i jak się powinno dzieci wychowywać.

Każda przecież swoje dzieci na ludzi wychowała.

Każda jest najmądrzejsza i najbardziej doświadczona.

Każda tylko nie Matka dziecka. Co ona może wiedzieć o wychowaniu? Przecież dopiero co matką została i NIC NIE WIE na ten temat.

Znacie to?

A to przecież Matka wie, czego jej dziecku potrzeba. To ona zna je najlepiej. To ona najtrafniej potrafi zareagować na jego potrzeby. Matka ma intuicję. Matka ma instynkt samozachowawczy. Matka ma morze miłości i empatii w stosunku do swojego dziecka. Matka ma określony światopogląd, którym chce dzielić się ze swoim dzieckiem. Matka chce by jej dziecko było szczęśliwe. Matka wie co zrobić by było!

Gdzie jest granica ingerencji osób trzecich w to wychowanie?

Według mnie nie ma o czym gadać. Nikt nie ma prawa mówić Matce co ma robić.

Dobre rady? Tak, jak najbardziej, o ile Matka ich potrzebuje.

A czego Matka potrzebuje najbardziej?

WSPARCIA.

Ciekawe, że tak trudno Matkę poklepać po plecach i powiedzieć: "świetnie sobie radzisz. To co robisz jest ważne i piękne. Dasz radę. Jesteś mądra i wspaniała. Cudownie wychowujesz swoje dziecko"

Ciężko prawda?

Matka o wychowaniu SWOJEGO dziecka wie wszystko...

Amen






środa, 14 listopada 2012

Bajka o śniegu

Dawno, dawno temu, gdy spadł pierwszy jesienno-zimowy śnieg... mój Synek zyskał nowego przyjaciela.

Przyjaciel ów był cudowny, pierwszy-raz-na oczy-zobaczony, zimny, biały i małomowny jakiś. Zrobiony zmarzniętymi rączkami mamusi.

A był to bałwanek...

Tak mu się spodobał, że do domu zabrać musieliśmy. I tak po drodze zastanawiałam się co by tu z tym "kolegą" zrobić. Gdy wróciliśmy przekonałam Małego, by oddał mi swojego przyjaciela, bo on od dzisiaj ma nowy domek:



Tak. Zamieszkał z zamrażarce. I tak sobie w niej tkwił między schabem a karkówką. I było mu dobrze, bo zimno.

Aż dnia wczorajszego Synek przypomniał sobie o bałwanku swoim. Stanął pod lodówką i palcem pokazywał. I jęczał "da, da, da". I myślałam najpierw, ze głodny, ale jak otwarłam zamrażalkę to zrozumiałam... I oddałam zabawkę.

Niestety jak to zwykle w bajkach bywa. Kiedyś muszą się skończyć. A nasza przygoda z bałwanem skończyła się śniegiem na panelach.
 


I wytłumaczyłam dziecku, że przyjaciele poprostu czasem znikają... zmieniają stan skupienia...

Ale śnieg zaraz do nas powróci, wtedy zrobimy całą Armię Bałwanów!


poniedziałek, 12 listopada 2012

Na własnych nogach

Odważyłam się. No nie powiem, kosztowało mnie to troszkę, ale powiedziałam sobie "ech, najwyżej wrócimy".

Otóż poszłam na spacer z Synkiem bez wózka! Po raz pierwszy. Niby nic takiego, a jednak dla nas to było ważne wydarzenie. Jak dotąd wózek zostawialiśmy, gdy wybieraliśmy się w trójkę. Zawsze potrzebowałam mentalnego dodatkowego wsparcia podczas ewentualnej pogoni za Synkiem.

I co się okazało?

Ano, że mieliśmy oboje z tego spaceru niezłą przyjemność.

Mały złapał mnie za rękę jak prosiłam, szedł ładnie, nie wyrywał się (czego bardzo się bałam). Gdy przejeżdżały samochody (nasze osiedle niestety jest niezwykle ruchliwe zwłaszcza pod klatkami) przykucałam i obejmowałam go, by się nie przestraszył lub zaciekawiony autem w ruchu nie wyrwał.

Synek szedł dumny, uśmiechnięty, rozglądał się naokoło, jakby szukał świadków tego ważnego dla niego wydarzenia. Wszak szedł SAM, na własnych nogach za rękę z mamą. Jak duży chłopiec.

A gdy wracaliśmy, w windzie przytulił się tak mocno... że o mały włos nie przegapiliśmy naszego piętra.

Będziemy częściej.


niedziela, 11 listopada 2012

Na Zdrowie: Motywacja

Między nami kobietami... która z nas choć raz nie stanęła przed lustrem z postanowieniem "Muszę coś zmienić".

Coś czyli co? Fryzurę? Sposób ubierania? Zmianę sylwetki? Sposobu odżywiania?
A najlepiej wszystko na raz w ekspresowym tempie. Ale jak zacząć? skąd czerpać motywację?
Ile z tych wszystkich postanowień przynosi efekty?

Dużo tych pytań. A wszystko zaczyna się od słowa MUSZĘ!
Muszę coś zrobić ze sobą. Taka jest natura kobiety.

Zdradzę Wam dzisiaj jak ja sobie z tym radzę, wszak i ja staję przed lutrem i spoglądam sobie głęboko w oczy.

Z racji tego, że mam naturę biurokratki, wszystko planuję i odhaczam. Nie lubię chaosu. Jestem usatysfakcjonowana, gdy na stworzonej przeze mnie liście pojawiają się wykreślenia. Dlatego planuję co chcę zrobić w danym dniu, jeżeli nie wyjdzie (bo przy dziecku nic nie jest oczywiste) robię kolejną listę, aż do skutku. Nigdy się nie poddaję. Wolę zrobić mniej niż wcale.

Mam kilka zasad, które pomagają mi w dążeniu do celu:

1. Do niczego się nie zmuszać. Tak naprawdę nic nie muszę tylko CHCĘ. Chcę coś dla siebie robić i to robię

2. Nie jadać "śmieci". Lubię swoje ciało i chcę by było zdrowe, dlatego jadam proste posiłki złożone z jak najbardziej naturalnych składników. Nie jadam niczego gotowego. Nie jadam na mieście. Nie jadam słodyczy (albo baaardzo rzadko). Nie jadam niczego do czego nie mam zaufania

3. Robić plan minimum. Nie lubię wielkich zmian, bo rzadko wychodzą. Wolę poświęcić sprawie kwadrans niż założyć godzinę i nie zrobić nic.

4. Do ćwiczeń nie trzeba się zmuszać. Wystarczy zrobić kilka brzuszków oglądając Teleexpress ;)

5. Myśleć o sobie pozytywnie i lubić siebie. Jak my same nie będziemy siebie lubić to kto będzie?

6. Nauczyć sie mówić NIE. Sztuka odmawiania jest niestety bardzo trudna, ale dobre jej opanowanie przynosi efekty.

7. Szanować swoje słowo. Jeżeli coś obiecam sobie to dotrzymuję słowa. Oczekuję od najbliższych by zawsze byli słowni, ale od siebie najwięcej. Obiecuję sobie, że pójdę do fryzjera i idę. Dla siebie :)









sobota, 10 listopada 2012

Sprawy Fundamentalne

Różne są metody wychowawcze... tak jak różne są osoby. Nie chcę ich kwestionować, bo każdy wie lepiej, co jest dobre dla dziecka i jak chce je wychowywać.

Sama wiem to najlepiej.
Tylko w jednej sprawie, będę mówiła głośno i wyraźnie NIE:

Dzieci się NIE BIJE

Dzieci się NIE STRASZY

Dzieci się NIE PONIŻA

I smutno mi tylko, że tak oczywiste kwestie nie zawsze są oczywiste.
I przeraża mnie fakt, że tych oczywistości muszę bronić i do nich przekonywać.
Sprawa nie podlega dyskusji...

Nikogo nie wolno bić...
Nikogo nie wolno straszyć...
Nikogo nie wolno poniżać...


***

Przypominam o konkursie


 Dziękuję za dotychczasowe zgłoszenia. Dostałam również sporo odpowiedzi na moją skrzynkę mailową. Zabawa trwa do 20 listopada. Zapraszam :)


czwartek, 8 listopada 2012

Półtora

Do tej pory w każdą miesięcznicę urodzin mojego Synka pisałam o tym, jakie robi postępy... Dziś opowiem Wam jaki jest mój Malec.

Jest uparty.
Nie spocznie dopóki nie osiągnie celu. Jak sobie coś upatrzy, to i cały dzień potrafi próbować po to sięgnąć. Słowo NIE traktuje z przymrużeniem oka. Rozumie doskonale co oznacza, ale równie dobrze mogłoby nie istnieć, albo istnieć tylko w tej jednej chwili. Po kwadransie potrafi się zdezaktualizować.

Jest szybki.
Szybszy niż uciekający gołąb, spadająca filiżanka, a na pewno szybszy niż mamine oko. Zanim uprzątnę jedną szkodę, mam dwie kolejne. A jaką kondycję przy tym!

Jest mądry.
Wszystko rozumie, wszystko wie, wszystkiemu się dziwi... a przynajmniej sprawia takie wrażenie.

Jest kochany.
Gdy się tulimy, odprawiamy nasze osobiste murmurando. Tulimy i mruczymy. Dzięki temu wiem, czy jak biegnie do mnie z rozpostartymi ramionami to chce się przytulić, czy walnąć mnie klockiem w kolano.

Jest dzielny.
Nikogo i niczego się nie boi. Co mnie trochę martwi, bo zadziera z innymi dziećmi. Tylko raz napotkał opór... ze strony trzyletniej dziewczynki. Od tej pory chodzili razem za rękę po placu zabaw. Czy powinnam przyjrzeć się jej bliżej?

Jest samodzielny.
Wszystko chce robić SAM. Sam się ubiera, sam je, sam myje zęby, wchodzi do wanny i puszcza wodę, sam sprząta, sam uruchamia komputer... ach gdyby jeszcze to wszystko mu wychodziło... ale mówi się, że liczą się dobre chęci.

Jest IDEALNY!

Ma półtora roku i jest moim Synem.

wtorek, 6 listopada 2012

Taka (nie)zwykła woda

Nie ma co się oszukiwać, ze woda z kranu nadaje się do czegokolwiek, a już najmniej do gotowania posiłków dla dzieci. Nie raz mam w kranie żur, nie wodę. Bo to jakaś awaria, bo rura pękła, bo sąsiad remont robi i wody w kranie brak zupełnie, a gdy zostaje odkręcona to... no właśnie. Często zastanawiam się co to? Znacie to też?

Dlatego do 3/4 przygotowywanych przeze mnie posiłków stosuję naturalną wodę źródlaną. Kiedyś kupowałam taką w 5l baniakach.

Gdy wychodziłam ze szpitala po porodzie, dostałam "na pożegnanie" albo lepiej "na nowy start" taki pakiecik z gadżetami, a w nim... wodę Mama i ja. Od tej pory kupuję ją, gdy tylko mam taką okazję. Mały się nią opija, na niej przygotowuję posiłki. Na tej wodzie parzę też kawę... i pierwszy raz kawa ma smak kawy... bez żadnych dodatków.




Mama i ja jest krystalicznie czysta i dokładnie tak smakuje... jak czysta woda! A co najważniejsze jest:

niskomineralizowana i niskosodowa

oraz 

jest dostępna w butelce z dzióbkiem 

co ułatwia podawanie wody dziecku. Całe lato z niej korzystaliśmy.

A teraz coś dla Was :)



Dzięki uprzejmości firmy WOSANA, producenta wody Mama i Ja zapraszam na konkurs, w którym do zdobycia jest taki oto pakiecik:





I nagroda: ręcznik, książeczka z imionami, kubek, naklejka 

II i III nagroda: książeczka, kubek, naklejka



1. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie:

Jak można ciekawie i niebanalnie spędzać czas z dzieckiem w długie jesienno-zimowe wieczory?

2. Wstawić baner informujący o konkursie na swoim blogu

3. Polubić na FB Happy Power Mama oraz Mama i ja 

UWAGA: Jeśli nie prowadzisz bloga pozostaw w komentarzu swój mail w celach kontaktowych, bądź wyślij odpowiedź na moją skrzynkę: hpmblog@gmail.com

 Konkurs trwa od 6.11.2012 do 20.11.2012

Zwycięzców wyłonię do 3 dni od daty zakończenia konkursu.
Zapraszam do zabawy :)))  





niedziela, 4 listopada 2012

Na Zdrowie: Setka

W związku z tym, iż projektów i pomysłów przede mną cała masa, a czas mam ograniczony z wiadomych względów, odbiło się to na moich treningach.

Jak dotąd czas poświęcony ćwiczeniom zajmował mi ok 1-1,5h, minimum cztery razy w tygodniu. Nie ma szans wygospodarować tyle czasu w najbliższych tygodniach. Postanowiłam więc przygotować plan minimum, czyli 15 min dziennie, codziennie na ćwiczenia.

W 15 min, wbrew pozorom można zrobić naprawdę dużo. Postanowiłam wykorzystać to jak najefektywniej potrafię. Mój plan to:

SETKA, czyli

100 podskoków różnych np. pajacyków w ramach rozgrzewki
100 brzuszków prostych
100 brzuszków skośnych
100 brzuszków na dolne partie brzucha (unoszenia kolan, nożyce itp).
100 przysiadów różnych
100 powtórzeń na pośladki (np. wymachy nóg w pozycji klęczącej).

a na koniec rozciąganie.



Próbowałam ten program już od tygodnia i zajmuje mi ok 15min. Ale ja się nie oszczędzam. Tempo jest szybkie, brak przerw, jedno ćwiczenie za drugim. Myślę, że pozwoli mi to utrzymać dobrą formę i nie zaprzepaścić dotychczasowych rezultatów.

:)

piątek, 2 listopada 2012

Powrót krzeseł

Sytuacja pogodowa za oknem zmusiła mnie, do uprzątnięcia balkonu. Już nie mogę bezkarnie przechowywać na nim na przykład mebli.

Krzesła powróciły. Strasznie się bałam tej chwili, znając zapędy wspinaczkowe mojego Synka. Podjęłam jednak wyzwanie. Przyszedł czas na oswojenie Małego ze stołem jadalnym.

   
Przy stole czytamy książeczki, jemy posiłki (skończyło się piknikowanie na kanapie), oglądamy zdjęcia w albumach i wiele wiele innych czynności przy stole wyrabiamy. Zasada jest jedna. Stołem i krzesłami się nie bawimy (przynajmniej na razie). Chcę by Mały wiedział, że te meble do czegoś służą i nie można po nich skakać. Oczywiście zanim on to zrozumie, minie trochę czasu, więc codziennie powtarzam to czego sama nienawidzę:

- Kochanie nie wspinaj się na stół, bo mamusia się boi, że spadniesz i się połamiesz!

Dziecko powinno znać zasady panujące w domu, ale nie znoszę jak dziecku zabrania się swobodnej zabawy, ze względu na strach rodzica. Wolałam pozbyć się rzeczy, które są dla Małego zagrożeniem. Długo dawaliśmy radę. Krzesła w domu to tak naprawdę mój strach. Jak byłam dwu letnią dziewczynką spadłam z krzesła i złamałam sobie obojczyk. Teraz jak widzę jego harce to mnie ściska w środku.

Ale bardzo się staram zamiast straszenia Małego, uczyć go:
- Skarbie usiądź na krzesełku, zobacz mamusia siedzi i tatuś też. Żadne z nas na nich nie wstaje.
- Krzesełka służą do siedzenia, łóżeczko do spania, a nocnik do sikania...
itp.

Mały łapie o co chodzi i to mnie cieszy :)


środa, 31 października 2012

Śmiać się czy płakać?

Dawno dawno temu słyszałam opinie, ze przy dziecku są same straty... i nie chodziło o koszta jakie za sobą pociąga posiadaniem dziecka, a raczej o to, że sukcesywnie pozbywasz się swojego "majątku". Oczywiście każdą taką wypowiedź dzielę przez dwa...

Dawno dawno temu też byłam mocno przywiązana do rzeczy. Wyniosłam to z domu, w którym każdy garnek czy talerz służył swoim użytkownikom przez lata całe, a o zbity kieliszek mogła być mała awantura.

Wyprowadziłam się, nabrałam dystansu do tego typu zachowań, co więcej nauczyłam się, że rzeczy służą człowiekowi a nie odwrotnie. Teraz mi nie żal, ani stłuczonej zastawy, ani zaplamionych nieodwracalnie ubrań, zniszczonego telefonu. Jedyną rzeczą do której jestem naprawdę przywiązana i której strata wywołałaby pewnie smutek, a nawet łzy to obrączka! I nic więcej...

Przy dziecku są same straty... a ile radości!

Malec mój dzielny, postanowił pokazać mi jak potrafi załączyć pralkę. Zamknął drzwiczki, nastawił program pokrętłem, nacisnął START i zaczął bić brawo. Ja też! Dopóki nie zobaczyłam, że w środku znajduje się ładowarka do akumulatorków...

Usiadłam na chwilę do komputera z kubkiem kawy, Mały w tym czasie bawił się klockami obok w pokoju. Nagle słyszę trzask. Idę, zaglądam, nic się nie dzieje... Mały siedzi na dywanie obłożony klockami... "pewnie nimi rzucił" pomyślałam... Potem słyszę szybciutkie tup tup tup i trzaśniecie lodówki. Podnoszę się z krzesła i biegnę... Nie zdążyłam, na dywanie wylądowały trzy jajka w nich moja biżuteria. Jak mogłam się nie domyślić, ze wcześniejszy trzask to było moje pudełko na błyskotki? Synek oczywiście znów bił brawo. Kto go tego nauczył?

Gotujemy razem obiad. Nieopatrznie na oczach Małego do kosza wrzucam papierek po wysmarowanym maśle. Zwykle nie wrzucam do kosza przy nim rzeczy, które go zainteresują na tyle, by z tego kosza je wyjąć. Roztargniona byłam... Odwracam się, a on już wylizuje resztki masełka. Wystarczyło, że spojrzałam, by Mały zorientował się, że zrobił coś nie tak i pozbył się dowodu zbrodni, kładąc go sobie na głowę.

Ostatnio jest u nas bardzo wesoło. Bardzo :)))

wtorek, 30 października 2012

My się zimy nie boimy...

Zima za oknem już daje o sobie znać... a post ten w poczekalni miejsce grzeje, bo jakoś z wolnym czasem ostatnio ciężko u mnie :)

Jesteśmy przygotowani na mrozy! Tydzień temu, a może dwa już wybraliśmy się z Małym na zakupy. Oto co wybraliśmy:

1. Kombinezon chłopięcy w rozmiarze 98 (!)
Mały ma ok 93/94 cm teraz. Gdy mierzyliśmy kurtkę 96 to się okazało, że na styk jest. Wprawdzie ten rozmiar trochę na wyrost kupiliśmy, ale zima może być długa. To znaczy na długość i w barkach jest ok, tylko rękawy dwa razy podwinięte muszą być :)


2. Buty te na rzepy w rozmiarze 23, wiązane w rozmiarze 24. Przyznam się, ze z butami mam największy problem, ale cóż... Synek pokochał obie pary i zakładamy na zmianę :)



Zimo nachodź! Niech mrozi i śnieży...i niech będzie pięknie. My się nie boimy :)

niedziela, 28 października 2012

Odczarowujemy Feng Shui w kwestii dziecka...

Mam w rodzinie ekspertkę w dziedzinie Feng Shui. Konsultujemy się, współpracujemy, jej opinia w kwestii aranżacji przestrzeni jest dla mnie bardzo cenna i nie raz jej rady okazały się strzałem w dziesiątkę. Gabrysia, bo o niej mowa, została ostatnio poproszona o udzielenie wywiadu portalowi  http://www.siostraania.pl/ dotyczącego faktów i mitów związanych z poczęciem dziecka a Feng Shui. Myślę, że temat jest bardzo ciekawy, dlatego pozwolę sobie przekopiować ten artykuł, za zgodą autorki oczywiście. Zapraszam do lektury i podzielenia się opinią na ten temat:

***

FENG SHUI dla Dziecka

 http://www.domnadobre.pl/wp-content/uploads/2012/10/ann-geddes.jpg
Foto Ann Geddes

1. Idea feng-shui polega na uwalnianiu energii. W praktyce wygląda to bardzo często tak, że należy pozbyć się z domu starych, nie używanych już przedmiotów, ponieważ blokują one dobrą energię.
 
Na początek ustalmy jedno: w sprawie Feng Shui także dla poczęcia dziecka jest wiele przekłamania, nadinterpretacji i bzdur. Zawsze się jeżę na to, co piszą gazety, książki lub czasopisma. Oceniam, że może 10% procent jest prawdą, reszta marketingiem. Feng Shui i uwalnianie energii życiowej – zgoda, ale jest coś więcej w tej wiedzy.
Dobre Feng Shui to dobre dla nas miejsce do życia i pracy, miejsce, gdzie się rozwijamy, pracujemy i realizujemy się w tym, co chcemy. Z doświadczenia widzę, że są takie domy, czy mieszkania,  w których mieszkańcy zawsze „mają pod górkę” i takie,  z których nigdy się nie wyprowadzą ponieważ jest tak dobrze. Praca eksperta polega na identyfikowaniu błędów przestrzeni i wprowadzeniu rekomendacji, by te błędy naprawić.
Owszem, Feng Shui to inaczej wiatr i woda i w takim prostym ujęciu i można mówić o tym, że sprawy będą szły lepiej kiedy uporządkujemy naszą przestrzeń, ale w zaawansowanym postrzeganiu to umiejętność manewrowania energią, tak aby spływała na nasz dom i skupiała się na tym, co chcemy osiągnąć. Przyciągamy energię w dane miejsce, dodajemy miejscu koloru, dźwięku, ruchu, naszej obecności. Konsultuję rocznie wiele domów i widzę, że miejsca nieużywane lub źle używane, zawsze manifestują się w upośledzeniu aktywności domowników.

2. Jak w takim razie powinien wyglądać dom, w którym kobieta i mężczyzna starają się o dziecko? Na co trzeba przede wszystkim zwrócić uwagę, na jakie przedmioty kolory, fakturę sprzętów, ich sposób wykonania?

Sięgając po Feng Shui i pracując w obszarze poczęcia dziecka na pewno zawsze zalecam pełny kontakt z lekarzem i zrobienie wszelkich badań zarówno kobiecie jak i mężczyźnie, chodzi tutaj o hormony i wszelkie badania, które wykluczyłby blokady medyczne. Jeśli mamy czystą kartę w  tym obszarze wówczas Feng Shui może wspomóc nas, niemniej jednak to bardzo delikatna materia i pozytywny skutek warunkowany jest wieloma względami. Nigdy nie mówię, że konsultacja Feng Shui pomoże na pewno, mówię, że może wspomóc,  a na pewno warto spróbować.
Klasyczne, profesjonalne Feng Shui to nie sprzęty, faktury, materiały,  a coś zdecydowanie więcej. To umiejętność dostarczenie energii życiowej do danego miejsca, oraz dostarczenie energii nam samym. Istotnie zmiana rożnych rzeczy w domu może nas wesprzeć. Może np. okazać się, że tam gdzie obecnie stoi szafa warto spać, bądź wprowadzić dany detal, lub kolor, by pobudzić to miejsce. Dodatkowo na pewno ekspert sprawdza jak wygląda forma zewnętrzna  domu, w jakim mieszkamy, ponieważ tam bardzo często kryją się blokady, czy najważniejsze błędy przestrzeni. Jeśli więc np. taką znajdziemy warto przenieść się do innego pokoju. Z mojego doświadczenia wynika, że przeniesienie się w inne, dobre miejsce poskutkowało pojawieniem się dzieci w przypadku kilkuletniego starania się o dziecko. Myślę, że to posunięcie mocno wsparło rodziców, niemniej jednak będących w stałym kontakcie z lekarzem.

3. Czy rośliny w domu, również mogą wpływać na dobrą i złą energię
w pomieszczeniu? Jaka jest ich rola, kiedy staramy się o dziecko?

Rośliny  Feng Shui reprezentują energię drewna. Dlatego też wskazane, aby znajdowały się w odpowiednich  miejscach w domu.  Mogą być także związane z energią domowników, którzy np. reprezentują energię drewna właśnie. Brak tej energii w domu może oznaczać brak energii domowników, ale tylko w tym konkretnym przypadku. Może łączyć się z brakiem energii rozwoju, osobistymi trygramami domowników. Nie przeceniałabym jednak pojedynczych roślin w domu w tym aspekcie, choć rośliny zawsze są rekomendowane.Na pewno nie powinno być ich zbyt wiele w sypialni i na pewno nie powinny mieć ostrych liści.

4. A co z sypialnią rodziców? Jak ją wyposażyć lub zredukować jej wyposażenie, aby służyła powiększeniu rodziny?

Na podstawowym poziomie zaaranżować ją tak, by chciało się w niej przebywać. Ekspert dopasowuje  sypialnię do mieszkańców, ich dat urodzenia, wspierającej kolorystyki, ustawień łóżka, miejsc najkorzystniejszych dla zdrowia, wpływów rocznych. Skupia się także na likwidacji tnących kantów w sypialni, belek stropowych lub skosów, sprawdza, czy nas z tej sypialni nie wyrzuca. Zawsze sugeruję czytelniczkom „spróbuj sama, jak nie zadziała, nie poprawisz sytuacji  przez 3-6 miesięcy, spróbuj wezwać specjalistę”.
Na poziomie już profesjonalnym sprawdza się, czy sypialnia służy nam, jest korzystna akurat w danym miejscu. Wiem, że na argument zmiany miejsca sypialni można się zjeżyć, ale jeśli próbuję i nic nie daje rezultatów mimo dobrych rokowań lekarzy, wówczas być może to oznacza, że miejsce, jakie mamy nas nie wspiera nas w poczęciu dziecka. A starając się o dziecko i nie mając w tym sukcesu, warto spróbować wszystkiego, ale rozumnie.
Po wtóre zgodnie z jedną ze szkół Feng Shui w danym roku  są korzystniejsze i niekorzystne miejsca w domu, dlatego też warto wykorzystać tą wiedzę Feng Shui. W bieżącym roku na pewno niekorzystny jest południowy wschód i północ i na pewno stamtąd należy przenieść się w inny rejon domu. Najlepiej na zachód, północny wschód lub południe.

5. W czasie budowy nowego domu, urządzania zupełnie nowego mieszkania – które miejsce przeznaczyć na sypialnię, aby dobrze spełnia swoją „funkcję”?

I tutaj pojawia się problem z konkretną odpowiedzią. Ponieważ  ekspert Feng Shui wchodząc do domu bada go wieloma metodami i dopasowuje do samych domowników. Nie znając bryły domu lub rzutu mieszkania po prostu nie może odpowiedzieć. Niemniej jednak  ja  szukam w domu miejsc związanych ze zdrowiem i tam rekomenduję ustawienie łóżka, jeśli jest możliwość. Dodatkowo sprawdzam, czy kobieta jest w swoim najkorzystniejszym miejscu związanym ze zdrowiem, także śpi w najkorzystniejszym kierunku. Jakie to miejsce, jaki kierunek sprawdza się dla każdego domownika osobno na podstawie usytuowania budynku, dat urodzenia domowników także potencjału rocznego danego miejsca, a także potencjału 20-letniego budynku. To tak  w skrócie.
Kluczem jednak do tych działań jest forma zewnętrzna budynku, czyli to co mamy za oknami, czasem forma jest zbyt agresywna lub zbyt pasywna, dlatego dostajemy za dużo lub za mało energii. Przykładem mogą być budynki usytuowane np. w bliskim sąsiedztwie skrzyżowań, autostrad, supermarketów, trakcji kolejowych  lub miejsca niekorzystne ze względu na blisko stojące słupy wysokiego napięcia, wymierzone kanty innych budynków, także budynki o nieregularnej bryle.

6. Kiedy kobieta już zajdzie w ciążą, co powinna zmienić w swoim domu. Zakładam, że przed zajściem w ciążę zasady feng-shui zupełnie jej nie dotyczyły, jednak teraz kobieta chciałaby, aby ten czas przebiegał najlepiej jak to tylko możliwe. Co wtedy zmienić, na co zwrócić szczególną uwagę?

Zasady Feng Shui dotyczą każdego bo związane są przestrzenią  w której mieszkamy, lub pracujemy. Nie muszę w  nie wierzyć, żeby działały. Nie muszę wierzyć, że będzie mi się źle mieszkało w  centrum miasta, a to wiem od razu – bo miejsce jest zbyt agresywne, zbyt dynamiczne do wypoczynku. Wracając jednak do odpowiedzi sugerowałabym wypoczynek przede wszystkim. Te dziewięć miesięcy to szczególne dziewięć miesięcy dla mamy i dziecka, więc warto je wykorzystać tylko  dla siebie.

7. Czy feng-shui „reguluje” w jakikolwiek sposób, czy kobieta ciężarna  może wybierać dla siebie sprzęty domowe. Spotkałam się na przykład z  sytuacjami, kiedy mówiło się, że ciężarna nie powinna kupować nowego łóżka, tylko spać na tym, gdzie poczęła swoje dziecko. Zdaję sobie sprawę, że ekstremalny przesąd, ale wiele kobiet o czymś takim wspominało.

Przesądy, przesądy, przesądy. Feng Shui nie pracuje na przesądach i zabobonach to wiedza, która bazuje na umiejętności analizy tego, co mamy w domu i dookoła domu i na podstawie tego  dostarczenia energii i uwagi tam, gdzie jest potrzebna. Mówiąc półżartem pół serio: czy kobieta, która poczęła dziecko na wczasach w Tunezji powinna stamtąd przywieźć  to łóżko???? No nie!

8. Urządzanie pokoju dziecięcego: jak to zrobić, żeby dziecko czuło się nim dobrze, bezpiecznie, spokojnie spało?

Pokoje dzieci są osobnym tematem bardzo szerokim. Z mojego doświadczenia wynika, że w 80 procentach niekorzystnie urządzonymi. Zachęcam do odwiedzenia mojej strony www.feng-shui.info.pl  i poszukania na niej informacji na ten temat. Tutaj mogę tylko powiedzieć, że do największych błędów przestrzeni pokoi dziecięcych należą: brak miejsca do zabawy, źle niekorzystnie ustawione miejsca spania, niekorzystne kolory, zawsze spotykam się z tym, że chłopcy mają zimne  niebieskie kolory  w swoich pokojach. Czy pokój dla dziecka jest dobrze urządzony można sprawdzić natychmiast i tylko jedną metodą: Czy dziecko bawi się w swoim pokoju czy lubi go i czy w nim śpi. Jeśli nie… znaczy jest do zmiany.

9. Czy wstawianie łóżeczka do sypialni rodziców jest dobrym rozwiązaniem? Czy może w jakiś sposób przeszkadzać rodzicom lub dziecku?

Na pewno w pierwszych latach swojego życia dziecko powinno spać z rodzicami, na pewno z mamą w jednym pokoju. Natomiast niekorzystne  na dłuższą metę  jest spanie w jednym łóżku, podczas gdy tata idzie w odstawkę. Pamiętajmy, że sypialnia rodziców to miejsce tylko dla rodziców. I zbyt silna ingerencja dziecka w to miejsce sprawi, że dziecko stanie się dla matki ważniejsze niż mąż. A to już jest niebezpieczne dla związku. Zasadniczo myślę, że póki dziecko wyraża silną potrzebę na pewno razem , ale w pewnym momencie należy dziecko wycofać i zbudować mu swój pokoik – jego tożsamość.

10. Przedmioty, którymi może otaczać się dziecko: z czego powinny być zrobione, jaka powinna być ich ilość?

Feng Shui to ocena potencjału miejsca w którym mieszkamy czy pracujemy oraz umiejętność sterowania energią i uwagą na te aktywności życiowe które są dla nas ważne. Zatem pytanie o ilość, materiały etc. nie jest pytaniem do eksperta Feng Shui w profesjonalnym ujęciu. Stereotypowe postrzeganie Feng Shui  zawsze mnie jeży. Na swojej stronie www.feng-shui.info.pl tak piszę na stronie powitalnej:
„Feng Shui to nauka o oddziaływaniu przestrzeni. Do niedawna była postrzegana jako nieszkodliwe szaleństwo rodem z Chin ze smokami, tajemniczymi energiami i złotymi żabami przynoszącymi szczęście. Przez to, przez niektórych wyśmiewana i traktowana jako szarlataneria. Ale powstała ponad 4000 lat temu i musiała być dostosowana do ówczesnego postrzegania świata.
Dzisiaj Feng Shui to precyzyjna nauka, opisująca wpływ przestrzeni na nas. Te kiedyś wyśmiewane, chińskie „zabobony” są precyzyjnie analizowane w wielkich pracowniach architektonicznych i stanowią integralną część procesów projektowania. A dla niedowiarków, po odrzuceniu wszystkich „magicznych” elementów, pozostaje czysta ergonomia – sztuka poprawiania otoczenia.
Przestrzeń nas otaczająca działa na ludzi i determinuje ich zachowania. Kto ma lepsze samopoczucie, siłę życia – ten kto mieszka w wygodnym, dobrze urządzonym mieszkaniu, czy ktoś kto mieszka w nieciekawym, poszarzałym pokoju? Wolimy spędzić wieczór w małej przytulnej knajpce, niż w metalowo-plastikowym, przygnębiającym wnętrzu nowoczesnej jadalni. Każdy nawet w swoim domu ma kącik, gdzie czuje się dobrze i ma miejsca których nie wiadomo dlaczego nie lubi.
Czujemy ten wpływ, ale nie zawsze potrafimy go zidentyfikować, zmierzyć i opisać. Tymi narzędziami dysponuje Feng Shui. Feng Shui pozwala zmierzyć i opisać wpływ przestrzeni na ludzi, a przede wszystkim pomaga usunąć jego negatywne skutki.”

Autorka Gabriela Wagner prowadzi firmę consultingową FS STUDIO
www.feng-shui.info.pl
www.domnadobre.pl
www.facebook.com/domnadobre

czwartek, 25 października 2012

Sąsiadka drugie starcie

Co to był za dzień... takiego jeszcze nie miałam. A wszystko zaczęło się od nocy...

Mały, nie wiedzieć czemu, budził się w nocy kilkakrotnie z wielkim płaczem. Może coś mu się śniło, może bolało, może układ nerwowy... nie wiem. Tuliłam, nosiłam, śpiewałam, słowem robiłam co mogłam, byśmy jakoś dobrnęli do rana. Ranek nastał dość wcześnie. Mały obudził się o 4.45 i za nic w świecie nie chciał spać dalej. Dzień zaczął się na dobre. Zabawa, bajeczki śniadanie o 6 rano...  Myślę sobie, ze wcześniej będzie drzemka, to odeśpimy oboje.

O 10.00 dzwonek do drzwi. Sąsiadka z dołu, widzę przez wizjer, zaproszę na kawę, myślę, bo czuję co się świeci. Próbuję uspokoić myśli, otwieram drzwi. Sąsiadka pokojowo nastawiona nie jest. Od razu zaczyna awanturę, "że niektórzy ludzie o 5.00 rano to się dopiero kładą spać i powinnam mieć to na uwadze... że mieszkanie powinnam wygłuszyć... że kto to widział, żeby..."
Litania była długa, nie pozostała bez mojej odpowiedzi. Powiedziałam jej co o tym myślę i że sama ma sobie mieszkanie wygłuszyć, że dziecka kneblować nie będę, że z ogromną przyjemnością przespałabym całą noc, gdybym mogła i zrobiłabym wszystko by moje dziecko nie płakało, etc.

Poszła. Trzasnęłam drzwiami. Od razu zadzwoniłam do Mr.Taty ze skargą. Posyłały się "głupie p**y" i inne soczystości. Mały jeszcze takiej mamy nie widział. Nerwowa atmosfera sprawiła, ze zaczął znów płakać. Próbowałam go położyć, wyciszyć... nic.

Nagle słyszę trzaskanie w kaloryfer. Biorę Małego na ręce i schodzę na dół. Mówię sąsiadce, że jak tak będzie trzaskać, to Synek spać nie będzie i tak do wieczora może ryczeć. I tyle. Nie czekałam na odpowiedź. Poszłam.

Mały zasnął w moich objęciach ok 12.30. Obudził się uśmiechnięty... uff.

O 14.00  znów pukanie. Znów sąsiadka. Otwieram. Sąsiadka skruszona mówi, ze zwady nie chce, że prosi tylko, skoro Mały tak wcześnie wstaje, żeby nie trzaskał się tak bardzo. Odpowiedziałam z uśmiechem, że zrobię co się da, by rano byl jak największy spokój. I zapytałam czy nie można tak było od razu.

Zgoda.



wtorek, 23 października 2012

Kłopotliwe pytania

Natchnieniem do napisania tego posta była taka oto sytuacja na placu zabaw:

Przy piaskownicy bawi się grupka dzieci pod opieką swoich mam. Nagle jeden chłopczyk wstaje i bez słowa odchodzi na bok, pod krzaczek, wyciąga siusiaka i sika...
Drugi chłopczyk podchodzi do swojej mamy i pyta:
- a dlaczego ten chłopczyk sika na trawkę a nie do nocnika?
Mama zmieszana tłumaczy:
- pewnie bardzo mu się chciało siusiu i nie zdążył pójść do domu.
- ale mówiłaś, że na trawkę tylko pieski siusiają
- tak mówiłam...
- a czy tata jest psem?
- ? nie, tata nie jest psem. Skąd ci to przyszło do głowy?
- bo jak byliśmy na grzybach to też pod drzewkiem siusiał....

I tak sobie pomyślałam z uśmiechem, jakie to ważne co do dziecka się mówi. Patrzę na mojego Malca i zastanawiam się jak to będzie, kiedy i on zacznie zadawać pytania. A wiadomo, nie na każde da się odpowiedzieć. Co więc robić, gdy dziecko w miejscu publicznym zacznie stawiać pytania, na które nie jesteśmy gotowi?

Moi znajomi opowiadali jak to się wybrali do marketu ze swoim 2,5 letnim synem. Przy kasie, chłopczyk obruszył się strasznie i zaczął ciągnąć tatę za rękę:
- jeście piwo
- nie kupujemy piwa. Tata nie lubi piwa
- oj lubi, lubi

Dziecko obnaża rodziców z sekretów wszelakich. I co tu zrobić?

Sama pamiętam jak będąc chyba 9-letnią dziewczynką, zapytałam jedyną znaną mi skarbnicę wiedzy, czyli rodziców:
- a czym się różni dziewczyna od dziewicy?
(zagadnienie znane z kościoła "Maryja zawsze dziewica"... nijak wtedy nie potrafiłam tego pojąć. Myślałam, ze to jakiś błąd językowy).

Jak się można domyślić do dnia dzisiejszego nie otrzymałam odpowiedzi :)))
 


poniedziałek, 22 października 2012

Wyścigi z Lwem

Nareszcie się zdecydowałam, by zaopatrzyć Małego w pchacza osobistego... Chodziło to za mną już od długiego czasu. Miał być prezentem na roczek, ale po znikomym jego zainteresowaniu wtedy, uznałam, że jeszcze ma czas.

A ten czas właśnie nadszedł. Mój wybór padł na chodzik - pchacz Lew Fisher Price. Taki oto:





Zabawkę nabyłam w sklepie internetowym Zabawki dla dziecka. Przyszedł szybciutko, praktycznie na drugi dzień, czym byłam bardzo mile zaskoczona. Baa... nawet nie byłam na to przygotowana i musiałam "biegiem" z placu zabaw zawracać by kuriera złapać :)

Nie wiem czyja radość była większa, moja czy Synka, gdy rozpakowaliśmy karton. Na szczęście zabawkę składało się intuicyjnie wręcz, więc nie czekając na Mr.Tatę, złapałam za śrubokręt w kilka chwil uruchomiłam Lwa.

Mały patrzył co mama robi, z ogromnym zaciekawieniem. W pewnym momencie chwycił łeb i nie chciał puścić... bo grał, ryczał raaaa i a nos zwierzaka świecił się na czerwono. Na szczęście Fisher Price pomyślał o wrażliwym uchu rodzica i zainstalował sprytny wyłącznik, dzięki któremu można regulować natężenie odgłosów, a nawet wyłączyć całkowicie.



Lew jest zarówno jeździkiem, jak i pchaczem. Pozycję można bardzo szybko zmienić. Jeśli dziecko chce samemu popchać to rozkładam rączkę, jeśli siedzieć to składam. Oczywiście pozycja, w której można sobie pomykać samemu po mieszkaniu jest numer jeden. Mały siedzi i odpycha się nogami, do przodu i do tyłu, obija meble i ściany, ale co tam. Ważne, że zabawka trafiona w punkt. Nic bardziej do tej pory Małego nie cieszyło jak swój własny pojazd. Bardzo szybko załapał o co w tym chodzi.





Czasem Lew służy jako podnóżek czy krzesełko. Podstawia go sobie pod najwyższe szuflady i raduje się niezmiernie, że w końcu może w nich pogrzebać.



Lew jest na tyle solidny, że nie miałam oporów by na nim usiąść i osobiście zademonstrować Synkowi jak ma wykorzystać ruch naprzemienny nóg własnych, by się odpychać. Mały ćwiczy zawzięcie, choć czasem zapomni o co z tymi nogami chodziło i "na żabkę" jeździ.

Dlaczego zależało mi właśnie na takim pchaczu?
- bo dziecko ćwiczy koordynację ruchową
- ćwiczy utrzymywanie równowagi
- jest doskonałym treningiem, przed rowerkiem biegowym (który wymarzyłam i wypatrzyłam już w tym samym sklepie. Oczywiście zamówię na wiosnę, ale o tym innym razem).