sobota, 31 grudnia 2011

2:2

Odkąd mój Syneczek zaczął się samodzielnie poruszać ilość siniaków, zadrapań, "liszai drogowych" diametralnie wzrosła. Oczywiście są to minimalne urazy, prawie niedostrzegalne. Jednak biedna matka trzęsie się nad najmniejszą krostką nawet. Jednak w przeciągu ostatniej doby Zuch kochany zaliczył dwa poważniejsze upadki... i to z mojej winy... chyba... a raczej niedopilnowania... 

Raz puścił się mojego kolana i poszedł do przodu sam. Ja głupia zawołałam go, a on stracił równowagę i wywinął orzełka. Stuknął się w głowę. Przerażona podbiegłam do niego... a tam ani zaczerwienienia. Groźnie wyglądało, ale na szczęście nic się nie stało. Strach jednak pozostał.

Drugi raz następnego ranka, plątał się mi pod nogami gdy zakupy rozpakowywałam... zawsze mam go na oku w takiej sytuacji. Jednak gdy Mr.Tata jest w pobliżu, liczę na to, że i on zerknie. No i jak to zwykle bywa żadne z nas nie patrzyło, jak Synek nabija sobie guza o szafkę kuchenną. No i wymknęło mu się,  że powinnam go lepiej pilnować. Brrr... 

Jak on tak to ja też. I oczywiście nie omieszkałam w tej sytuacji wspomnieć, że dwa razy Synka utopić próbował. No i mamy remis w potknięciach wychowawczych....

A ja się zastanawiam jak tu Dziecię kochane upilnować? Praktycznie się nie rozstajemy, zawsze staram się go mieć na oku i reagować. Nie zawsze wychodzi jak się okazuje.

I myślę sobie, że może czapkę wełnianą mu założę by trochę choć tą główkę ochronić? jak czapkę, to może od razu cały kombinezon zimowy, by i pupkę przed strzaskaniem osłonić? No i rozwiązanie zimowych spacerów by się przy okazji znalazło, bo okna na oścież w tej sytuacji otworzyć powinno się... i mieszkanie by się przewietrzyło... Hmmm... innego sposobu chyba nie ma...

Macierzyństwo jest stresujące!

Ps. Szampańskiej zabawy życzę wszystkim bawiącym się dzisiaj :))) Mr.Tata dziś pracuje, więc nowy rok będziemy witać w Nowy Rok.

czwartek, 29 grudnia 2011

Oszukuję własne dziecko!

Tak, tak.
Muszę uciekać się do podstępu by przekonać Synka do mojego jedzenia. A myślałam, że prosto będzie: zrobię papkę i voila! Dziecię kręcić nosem na słoiczki zacznie. Stuknąć w głowę raczej się powinnam (nie pierwszy raz zresztą). Ile to już moich wyobrażeń macierzyńskich upadło pod wpływem tego Małego Samodzielnego Organizmu. 

Gotowałam więc osobno warzywka (np.marchewkę, ziemniaka), rozgniatałam widelcem i podawałam zmieszaną ze słoiczkiem, a raczej wciskałam Synkowi. Jedna łyżeczka słoiczkowej papki, jedna własnej mieszanki. Ale, ale... Dziecię mądre jest i nie bardzo daje się oszukać, więc mieliśmy w domu małą przepychankę. Sposób jakże nieidealny i mało skuteczny, a ja lubię jak mi wszystkie trybiki perfekcyjnie się układają.

Szukałam dalej, zasięgałam opinii, obserwowałam... Doszłam w końcu do wniosku, do jakiego dochodzi chyba każda matka... Najlepsze, najciekawsze, najbardziej pożądane jest dla szkraba "dorosłe" jedzenie. Synek jest mistrzem w siedzeniu pod stołem podczas "dorosłego" posiłku (nigdzie indziej nie daje się wtedy ulokować), trzymania za nogę któregoś z rodziców i jęczenia o choćby maleńki kęs.

"Jak chcesz to masz, ciekawe czy będzie ci smakowało" powiedziałam w końcu i posadziłam Synka sobie na kolanach podając mu rozgniecionego ziemniaka zamoczonego w żurku (bo żur właśnie był na obiad). I co? No zjadł! Buźkę mu wykrzywiało ale zjadł i chciał jeszcze! Dostał oczywiście... nic mu nie było.

Teraz porzuciłam już swoją wizjonerską myśl o przygotowywaniu papek dla Synka i postanowiłam podawać mu normalne jedzenie. Oczywiście wciąż oszukuję! Gotuję mu coś specjalnego np. ziemniak (rozgnieciony widelcem) + szpinak (również rozgnieciony) lub zupkę z pomidora. W zasadzie wszystko to, co my jemy tylko dostosowane do jego potrzeb. Siada z nami w foteliku przy stole i je! Czasem tylko coś mu nie podejdzie to słoiczkiem dokarmiam.

Ileż to matka musi się nakombinować by takie banały odkrywać?

wtorek, 27 grudnia 2011

Już po...

... jaka szkoda...

Były to dla mnie wyjątkowe święta z dwóch powodów: pierwsze święta z Synkiem oraz Wigilia u rodziców - pierwsza po sześciu latach (jak będzie w przyszłym roku to jeszcze dyskutujemy).

Od tego roku będę propagować hasło, że im mniejsza choinka tym większe prezenty. "Dzieciątka" okazały się niezwykle hojne w tym roku, za co serdecznie dziękujemy :)))

Ale co najważniejsze: SYNEK ZROBIŁ SWÓJ PIERWSZY KROK. A nawet pięć i to jeszcze w czwartek przed świętami. Nie miałam jednak czasu by o tym zaraportować. Po prostu puścił się, zrobił tych PIĘĆ kroczków niezdarnych i bęcnął na pupę. Trupem nie padłam, choć mało brakowało. Dech mi zaparło i wzruszyłam się lekko. Mój Syneczek malutki staje się już samodzielny...

czwartek, 22 grudnia 2011

Jaka choinka takie prezenty?

Oby nie! Bo u nas w tym roku choinka tycia, tyciusieńka, zaledwie półmetrowa...


Zresztą, co tam prezenty! Największym i najwspanialszym podarkiem jest nasz Synek przecież... a on ma dla nas chyba niespodziankę... tak coś czuję w kościach... Od wczoraj próbuje ustać samodzielnie, bez trzymanki! Nawet na parę sekund mu się to udaje. Mr.Tata twierdzi, że zrobił już pierwszy krok! 

Jak on zacznie chodzić na święta to... (padnę trupem!)

Wesołych Świąt!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Oooo... Niespodzianka!

Dziś zawitał u mnie kurier...którego się nie spodziewałam.

W te pędy otworzyłam paczkę a w niej:

...broszury informacyjne oraz mleczko do pielęgnacji.

Już zapomniałam, że uczestniczę w "Akadami edukacyjnej dla mam Johnson's baby", dlatego tak mile się zaskoczyłam. Pisałam już wcześniej, że kosmetyki Johnsona towarzyszą Synkowi od dnia narodzin i służą mu bardzo. Często spotykam się z opinią, że ich produkty uczulają. Na szczęście już ponad 7 miesięcy je stosujemy i nic złego się nie dzieje, wręcz przeciwnie, Syneczek ma bardzo ładną, gładką skórę, praktycznie bez komplikacji (nie wiem czy to zasługa kosmetyków czy genów).

Tym razem bardzo uważnie wczytałam się również w broszurkę "Patologia skóry noworodków i niemowląt" i przyznam, że rozjaśniło mi to niejedno w głowie. Rzetelna informacja na temat alergii, pieluszkowego zapalenia skóry, znamion itp. jest w cenie. Mimo, że teraz nie mamy problemów, nikt nie daje gwarancji, że nie będzie ich w przyszłości, dlatego warto wiedzieć :)


sobota, 17 grudnia 2011

Święta już tuż tuż

Wyjątkowo nie mogę doczekać się tegorocznych świąt. Pierwsze święta z Synkiem kochanym... 
Choć nie mamy jeszcze choinki, wczoraj przygotowałam dekoracje świąteczne, a od "mikołaja" słucham około świątecznych przebojów...





Na Wigilię jedziemy do moich rodziców, choć przyznam szczerze, że wolałabym w domu zostać. Najbardziej odpowiadałaby mi Gwiazdka tylko w gronie naszej trójki, ale cóż... rodzinę jakoś pogodzić trzeba. Ostatnio byliśmy u Teściów, w tym roku obiecałam mamie, w następnym pewnie teściowa będzie chciała, żeby znów do niej przyjść... i tak co roku zapewne będziemy się wymieniać...

A dla mnie Wigilia, to święto intymne, spokojne, klimatyczne, które chciałabym celebrować w gronie najbliższych mi osób: męża i Synka. Takie gromadne spędzanie Wigilii traci dla mnie swój urok... czuję się jak "u cioci na imieninach"... z tą różnicą, że tu każdy gość dostaje prezent, nie tylko "ciocia"...



piątek, 16 grudnia 2011

Dobra Nowina :)

Moja przyjaciółka jest w ciąży! Właśnie dzisiaj się dowiedziałam i ucieszyłam przeogromnie!

Znamy się od dziecka, a jak byłyśmy nastoletnimi, głupiutkimi dziewczynami, snułyśmy wizję naszego życia... domek z ogródkiem, super kariera, wspaniały mąż, dziecko... Ja chciałam chłopca, ona dziewczynkę (oczywiście w wizji idealnej dzieci nasze miały się pobrać).

Mi się spełniła...

Życzę by i jej się spełniło :)))

Trzymam za nią kciuki, życzę powodzenia i z całego serca gratuluję!

środa, 14 grudnia 2011

Bilans zaskakujący trochę

Odwiedziliśmy dziś pediatrę, jak co miesiąc zresztą. Oczywiście nie obyło się bez ochów i achów, jaki to Synek sprawny motorycznie jest. Serce matczyne rosło na potęgę. Wzrost 76, waga 11 kg. Całe szczęście już przystopował troszeczkę, ale wciąż jest ponad centylami...

Śmiechu było całe mnóstwo, bo Synek postanowił pochwalić się wszystkim co potrafi :) Oczywiście Pediatra pytała czy wybraliśmy już dobrego trenera koszykówki, bo ten Mały Człowiek na olbrzyma się zapowiada. A ja już chciałam z Mr. Tatą zakłady robić, ile wzrostu Synek mieć będzie, ale oboje obstawiamy, ze ok 200cm, więc co to za zakład? Oczywiście wzrost słuszny po tatusiu odziedziczył :) 

Oczywiście problemy ze spaniem lekarka na zęby zrzuciła... a ja sobie pomyślałam, jak to zęby? już dolne jedynki są, górne też się nieźle prezentują, a on wciąż nie śpi. Po powrocie do domu zajrzałam do jamy ustnej Syneczka, a tam niespodzianka! Górna dwójka! Mamy już 5 zębów :)
No i jak on ma spać, kiedy te zęby jeden po drugim wychodzą? Na szczęście kiedyś wyjdą wszystkie...

Dziś również zdębieliśmy oboje, gdy zobaczyliśmy, jak Synek STOI BEZ PODPARCIA! Co z nim? W szoku jestem! Raz spróbował równowagę utrzymać i teraz wciąż próbuje. Cały czas trzeba mieć go na oku, bo jeszcze nie zawsze zdąży się złapać...

Za radami waszymi wczorajszymi postanowiłam się nie poddawać i drobnymi kroczkami swoje papki podawać. Dziś dostał tylko marchewkę, tak dla oswojenia się ze smakiem. Kilka łyżeczek zjadł i zaczął wypluwać. Musiałam go gotowym słoiczkiem dokarmić. Jutro kolejna próba. I tak do skutku...

Co za dzień!

wtorek, 13 grudnia 2011

O tym jak Mama papkę zrobiła...

Zrobiła nawet dwie!

Ostatnio dostałam wykaz produktów, które dziecię skosztować powinno... i lekko się zestresowałam przyznam się szczerze, bo lista długa, a połowa jest nam zupełnie nie znana...

Wczytałam się bardzo dokładnie w skład zupek słoiczkowych i doszłam, do smutnego wniosku, że niewiele się od siebie różnią. Oczywiście wcześniej też czytałam, ale chyba z mniejszą uwagą. Wszędzie marchewka + pietruszka + seler + mięsko jakieś + ewentualnie ryż lub ziemniak. Czasem się brokuła kupiło, czasem szpinak... sporadycznie...

A gdzie burak na przykład?

No to dorwałam jakieś "zdrowe" warzywa i sama postanowiłam coś Małemu zmiksować. Uznałam, że to dobry moment, by zacząć przygotowywać Synka do domowego jedzenia.

Pierwszą papką jaką samodzielnie przygotowałam był burak właśnie w towarzystwie ziemniaka:
Według mnie pyszna sprawa...

Idąc za ciosem przygotowałam drugą papkę. Tym razem wzorowałam się na jego ulubionej zupce z indykiem, czyli zmiksowałam:
marchew,
pietruszkę,
ziemniaka,
indyka,
trochę ryżu...

i papka gotowa:

Według mnie jeszcze lepsza niż ta pierwsza....

Jakież było moje rozczarowanie, gdy podałam papkę Synkowi, a on... odruch wymiotny miał... ni jak nie dał jej sobie wcisnąć :(
Z burakiem poszło lepiej, choć niesatysfakcjonująco...

Cóż to był za demotywujący dzień. Teraz sama nie wiem czy robić mu te papki czy nie...

sobota, 10 grudnia 2011

Prawie jak Fiona...

Gdybym miała porównać Synka mojego do wybranej bajkowej postaci z pewnością byłaby to księżniczka Fiona ze Shreka:

w dzień pięknością, w nocy zaś szkaradą...

Aż trudno uwierzyć, że mój cudowny, grzeczny, roześmiany, ciekawski na potęgę Malec, w nocy zmienia się w straszliwego ogra. Zachowuje się tak, jakby chciał przegonić wszystkich sąsiadów ze swojego "bagna".

Kto rzucił na niego ten czar straszliwy! Jak znajdę tę wiedźmę to jej... miotłę połamię!

Na szczęście i Synek ma swoją księżniczkę, która ten czar zdjąć usiłuje. MNIE oczywiście!
Całuję, tulę, całuję... a Synek ani w jedną, ani w drugą stronę...
Coś złe zaklęcie odpuścić nie chce (a może to nie ta księżniczka?)

Trudno. Ja całować nie przestanę!

czwartek, 8 grudnia 2011

Biedroneczki są w kropeczki...

...i to chwalą sobie...

Że grudzień jest miesiącem prezentów, a przede wszystkim zabawek to każdy wie. To jedyny czas w roku, kiedy upominki pojawiają się pod pretekstem "mikołajowego dziadka" prawie przez 30 dni...

Synek mój kochany swoje prezenty zaczął zbierać już pod koniec listopada, a co! Dziadkowie coś na bakier z kalendarzem stoją, ale jak to u emerytów... czas płynie zupełnie inaczej. Dużo tego było: piłki, książeczki, klocki... ech. Drudzy dziadkowie wcale lepsi nie są. Krzesełko do karmienia też przywieźli przed czasem, choć to podobno prezent gwiazdkowy! Czy ja się gniewam? Skąd! Niech przywożą wnusiowi, byleby wyścigów nie urządzali "kto da więcej".

Dziś o północy  mój Synek skończył siedem miesięcy. Aż trudno uwierzyć, że już tyle... i z tej okazji prezent się należy! Tym razem mamusia włożyła mu do rączki Grzechotkę - Biedroneczkę BabyOno.

Według producenta zabawka:
- uczy rozpoznawania kształtów i kolorów
- zwiększa poczucie bezpieczeństwa
- zachęca do okazywania uczuć i empatii

Hmm... jak na razie to Synek ją ślimta sobie...

środa, 7 grudnia 2011

Jesteśmy na wojnie!

Atak nadchodzi z każdej strony! Trzeba się bronić!

Przez ostatni tydzień różowo nie było, głównie przez moją chorobę. Synek markotny, rozdrażniony, znów fundował mi bezsenne noce... Myślałam, że odreagowuje moją niedyspozycję, bo nie miałam sił bawić się z nim jak zwykle, śpiewać mu, a nawet czytać... i tak mi przykro było...

Wzięłam się w garść i postawiłam na nogi, a On swoje. Już chciałam się poddać, gdy zaglądając w rozdarty dziubek Synka kochanego,zobaczyłam sine i napuchnięte dziąsełka. Ba! Nawet górną jedynkę zobaczyłam ledwo co wystającą! Katar i gorączka wyłączyły mi myślenie...

Zaczęła się kolejna bitwa z tymi wstrętnymi Zębolami. Ale teraz już wiem o co biega, więc wiem jak walczyć! Oczywiście Dentinox poszedł w ruch... no i masaż!

A żeby tego było mało, mamy jeszcze jednego wroga! Długo się ukrywał, ale dziś w nocy dał o sobie znać! KATAR! Pierwszy nasz... Świszczało Synkowi w nosku, spać nie mógł, ale dzielna matka walczyła! Tylko jak tu walczyć, gdy wróg stawia taki opór. No możenie wróg a Dziecię moję. Jak mu go odciągnąć, gdy ten nie daje się nawet dotknąć w nos. To była prawdziwa walka. Ja poszczypana, posiniaczona, podrapana, a Syneczek rozdarty na całego. A im więcej płaczu, tym więcej kataru. Poddałam się. Kropiłam mu ten nosek co godzinkę solą fizjologiczną... i w końcu trochę zelżało...zasnął.

Dziś rano nosek suchy! Choć myślę, ze w nocy możemy mieć powtórkę!

Wojna trwa więc w najlepsze i to na dwóch frontach!

wtorek, 6 grudnia 2011

Prawdziwy Święty Mikołaj

Mój Synek z dumą mógłby powiedzieć (gdyby potrafił), że jego tatuś jest Świętym Mikołajem...
No może nie takim świętym, ale prawdziwym!

poniedziałek, 5 grudnia 2011

MAM butelkę nową...

...do użycia gotową - rzec by się chciało. Ach...i cóż ja mam napisać... Nie ukrywam, że na tą butelkę treningową to liczyłam najbardziej. Myślałam, że dzięki niej skończą się moje problemy z dopajaniem Synka. Z butelki zwykłej pić nie chciał, a mamy ich kilka i każdą odrzucił. Na niekapek to trochę za wcześnie, choć jak trzeba to i z niekapka się mu wodę do buzi przeleje. I pomyślałam sobie, że MAM znalazło na tego typu problemy idealne rozwiązanie: Butelkę treningową 6+

Niestety, Synek odrzucił również i tę butelkę jako źródło podawania pokarmów ciekłych. Uparł się i koniec. Ale, jak to zwykle bywa i na butelkę znalazł nowe zastosowanie: gryzak idealny! Miękki i dobrze dopasowany ustnik doskonale nadaje się do masowania jego spuchniętych dziąsełek. Butelkę dostaje codziennie, pełną oczywiście (jakby nagle zachciało mu się pociągnąć ze smoka), i codziennie poświęca ok.15min. na masaż...

Maminym okiem: jak dla mnie butelka wykonana jest bardzo starannie, z ogromną dbałością o szczegóły. Idealnie dostosowane rączki pozwalają z łatwością utrzymać butelkę w małej rączce dziecka. A co najważniejsze: nie kapie! Można nią rzucać, trząść, obracać i nic nie wycieka. To naprawdę ogromny plus. Do jednego bym się przyczepiła tylko: skala na butelce jest nieczytelna. Dla osoby z doskonałym wzrokiem oczywiście nie ma najmniejszego problemu, ale dla kogoś słabiej widzącego na przykład, to jest problem niestety. Zwrócił mi na to uwagę Mr.Tata, który między obrazkami potworków ledwo dostrzega podziałkę (zresztą na początku się kłócił, ze tam żadnej skali nie ma). Dodatkowa miarka jest na zatyczce, ale tylko do 50ml.

Aha... jeszcze jedna sprawa... smoczek pod wpływem marchewki odbarwił na zielono (co trochę widać na zdjęciu). Ale każda mama chyba przyzwyczajona jest do tego, że marchewka barwi wszystko?

Szkoda, że butelka u nas "nie działa" bo całkiem fajna jest.
Był to ostatni produkt firmy MAM, który testowaliśmy. W moim osobistym rankingu:

1.szczoteczki
2.smoczek
3.butelka :(

Może jeszcze się coś zmieni, to na pewno wspomnę...

sobota, 3 grudnia 2011

Armagedon!

Mój Synek zaczął siadać! I to tak ni z gruchy ni z pietruchy... po prostu! Siada z każdej pozycji: z leżącej, klęczącej i stojącej... szok. A już myślałam, że wcześniej zacznie piłkę kopać niż usiądzie :) A tu taka niespodzianka, od razu cały komplet możliwości... No normalnie koniec świata!

Choć Mr.Tata upiera się, że koniec świata będzie dopiero, gdy Synek samodzielnie chodzić zacznie... No to zobaczymy. W sumie Majowie przepowiadali koniec świata na 2012, więc Mr.Tata może mieć rację... Chyba, że Synek zrobi nam niespodziankę i jeszcze na święta zrobi pierwszy samodzielny krok... 

W tedy to na pewno padnę trupem...

piątek, 2 grudnia 2011

Takie tam hasełka...

Ostatnio uaktywnił mi się jakiś dar do wyłapywania powtarzających się zdań i haseł w cudzych wypowiedziach. Bo, że każdy z nas ma swój osobisty ulubiony słownik to jest oczywiste. Nawet  nie zdajemy sobie sprawy, jak często zdarza nam się powtarzać jakieś słowo lub zdanie, bądź to w zależności od określonej sytuacji, bądź stanu emocjonalnego. Jest też osobisty język zrozumiały tylko dla określonej liczby osób. Wtedy to słowa nie znaczą co znaczą, co może być przyczyną wielu niesamowitych historii.

Zaczęłam notować różnego typu "teksty" by zrobić z nich obszerniejszy materiał. Dziś opowiem o dwóch przypadkach, od których wszystko się zaczęło...

A zaczęło się od teściów moich. Niewiele jeszcze o nich pisałam, choć niejedną zabawną historię mogłabym przemycić. Zauważyłam właśnie, że jak widują się oni ze swoim Wnusiem kochanym, to zawsze zachowują się w ten sam sposób. Powtarzają te same hasła.

Teściu mój na przykład za każdym razem kiedy widzi Synka, już na dzień dobry pyta: "Pójdziemy na spacer?" bądź "Pójdziesz z dziadkiem na spacer?". Za każdym razem! I to nie, że raz się zapyta, ale tak w kółko mówi, choć sam pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Jak mantrę jakąś powtarza. Nie muszę dodawać, że z rzeczywistym wychodzeniem na spacer niewiele ma to wspólnego. "Pójdziemy na spacer" jest równoznaczne z "dzień dobry", "dziękuję", "bardzo się cieszę, że cię widzę" itp. To się teściu zdziwi, jak Mały zacznie rozumieć i reagować, i za każdym razem kiedy się teść zapyta "pójdziemy na spacer?" w te pędy będzie się rwał do wychodzenia.

Teściowa z kolei ukochała sobie słowo "mądralka". Jak widzi Wnusia, bawi się z nim to często powtarza: "jaki z niego Mądralka", "no nie mogę uwierzyć, że on taki mądralka jest" itp. Mądralka czyli "zdolniacha" albo coś w tym stylu. Nie ukrywam, że szczególnie nam się to hasełko spodobało i sami, gdy widzimy, ze nasz Synek znów nauczył się czegoś nowego mówimy z uśmiechem na ustach "o zobacz jaki z niego mądralka".

Teraz będę przysłuchiwała się reszcie rodziny...

wtorek, 29 listopada 2011

Połamało mnie jak diabli!

A już myślałam, że choroba mnie ominęła. Oj! W jakim ja błędzie byłam!

Synek miał tylko chrypkę przez trzy dni, Mr.Tata już prawie zdrów... a ja właśnie rozłożyłam się na całego! Wszystko mnie boli, łapie katar, gardło piecze... nic przyjemnego.

Teraz to szybko muszę się na nogi postawić jakimiś "babcinymi metodami".
Kurza blaszka! Nawet stukanie w klawiaturę boli...

wrrr...

poniedziałek, 28 listopada 2011

Dawno, dawno temu...

...zarejestrowałam się na stronie STREETCOM. Już dawno o tym zapomniałam, aż tu ni z tego ni z owego, zaproponowali mi udział w kampanii NesVita.

Dziś przyszła do mnie paczka:
A w niej trzy opakowania owsianki (każde zawiera 10 szt. saszetek) o smakach: Golden Syrup, Jabłko z Cynamonem, Wanilia.

Osobiście bardzo lubię owsiankę i dość często robię dla całej rodziny. Czy NesVita będzie lepsza? Skosztujemy, zobaczymy.

Znacie ten produkt?

niedziela, 27 listopada 2011

MAM smoka i nie zawaham się go użyć!

Dziś będzie krótko, bo co tu dużo o smoczku pisać. Jaki smoczek jest każdy widzi...


...a jest śliczny po prostu. Jeśli chodzi o warstwę stylistyczną to MAM ma chyba najładniejsze smoczki na rynku. Duży wybór, nowoczesne wzory, ładnie dobrane kolory. Nie wspominając o jakości wykonania i bezpieczeństwie wykorzystanych materiałów. Przyznam, że miałam problem z wyborem tego jednego jedynego. I pomyślałam sobie nawet, że byłoby fajnie gdyby była opcja samodzielnego doboru tarczy oraz środka... ale czyż wtedy wybór nie byłby jeszcze trudniejszy?

Krótko: mi się ten smoczek podoba.

A co Syn na to?

No cóż Syneczek mój kochany chyba nie podziela mojego entuzjazmu, albo podziela go połowicznie. Nie daje się przekonać do ssania tego smoczka. Inna sprawa, że on w ogóle „mało ssący” jest. Smoczek był zazwyczaj potrzebny w sytuacjach łagodnie mówiąc „kryzysowych”. Na co dzień obywaliśmy się bez...

A dlaczego połowicznie? Bo mimo, iż nie ssie, to ciężko wyjść z domu bez smoczka. Trzyma go w dłoni, jak król berło. Wymachuje nim, guga do niego, ślini go... a właściwie, czego on z nim nie robi? W zasadzie smoczek spełnia swoją rolę. Wystarczy samo posiadanie go, by Synek był zadowolony i uśmiechnięty.

A kto właściwie ustalił, że smoczki się ssie?

piątek, 25 listopada 2011

Jaki Ty będziesz Syneczku?

Spędzam z moim Synkiem 24 godziny na dobę i dzięki temu mam okazję obserwować jak wspaniale się rozwija. Każdy nowy dzień przynosi nowe umiejętności.

I tak patrzę na niego i zastanawiam się jaki On będzie. Czy na podstawie sposobu, w jaki się bawi można wywnioskować cokolwiek? Czy to tylko kolejne etapy rozwoju, czy cechy indywidualne czasem się ujawniają? Chcę wierzyć, że to drugie... 

Jaki jest mój Syn?

- jest niecierpliwy. Gdy tylko coś mu nie wychodzi, jęczy i krzywi się, zwłaszcza gdy zabawka w całości do buzi włożyć się nie chce...

- jednocześnie jest wytrwały w dążeniu do celu. Nieważne ile się najęczy i nastęka i pokopie nóżkami. Będzie robił coś tak długo aż dopnie swego...

- jest sprytny. Dziś rano na przykład obserwowałam jak mój Synek próbuje usiąść by pobawić się zabawką. Niestety siadanie z leżącej pozycji nie bardzo mu wychodzi. W pewnym momencie bierze zabawkę swą i podpełza do łóżeczka. Chwyta się go, wstaje, a następnie powoli opuszcza do siadu i spokojnie się bawi...

- jest wesoły. Wystarczy wypowiedzieć magiczne słowo by zanosił się od śmiechu. W tym tygodniu zaklęciem na śmiech mojego Synka jest słowo PAPRYKA...

- jest towarzyski. Wprost uwielbia gości, a na niektórych członków rodziny reaguje wręcz przerażającym piskiem mieszającym się z zanoszącym śmiechem...

- lubi książki... na razie gryźć, ssać, targać i rzucać nimi...


...cóż nieobiektywnym okiem matki Synek jest idealny...

środa, 23 listopada 2011

Pan Kotek był chory...

...i leżał w łóżeczku
i przyszedł Pan Doktor
"jak się masz Koteczku?"

czytałam Synkowi właśnie tę bajeczkę, gdy w domu pojawił się Mr.Tata, zakatarzony jakiś, zachrypnięty. "Oj, nie dobrze" pomyślałam, ale Mr.Tata zapewniał, że "nic mu nie jest".

Następnego ranka - KATASTROFA. Mr.Tata połamany, rozpalony nie wstaje z łóżka, a z łóżeczka Synka dochodzą mnie jęki i skrzypienie jak ze starej szafy co najmniej. Otwieram oczy i widzę, że to moje Dziecię takim właśnie głosikiem do mnie "przemawia".

Masz ci los - pierwsza infekcja. Na szczęście jak na razie gardła. Ani katarek, ani gorączka u mojego Syneczka się nie pojawiła. Dziecię chrypi, a ja już wyobrażam sobie jak to będzie, gdy mutację zacznie przechodzić...

Teraz czas mija mi na kursowaniu między pokojami: do jednego herbatkę z miodem i cytryną, do drugiego cyc. Do jednego herbatka, do drugiego cyc... etc. (Bylebym sobie pokoi nie pomyliła...)

A tak na wszelki wypadek "Chorego Koteczka" to my czytać już nie będziemy. Zastąpimy go "Stefkiem Burczymuchą".

niedziela, 20 listopada 2011

MAM dwa zęby i szczoteczkę!

Testowanie produktów MAM trwa u nas w najlepsze. Już praktycznie wyrobiłam sobie o nich zdanie, jednak niech testują się nadal...

Dziś opowiem o szczoteczce do zębów:


W skład zestawu MAM Learn To Brush Set wchodzą dwie szczoteczki. Jedna mniejsza, do której dołączona jest ochronka, zabezpieczająca dziecko przed włożeniem sobie szczoteczki do gardła, oraz większa, dla rodzica, by mógł swojej pociesze pierwsze zęby szorować.

Maminym okiem: podoba mi się nowoczesny design tych szczoteczek. Mają dwa końce - na jednym część myjąca zęby, na drugiej jamę ustną/gryzaczek. Przyjemnie się je chwyta i komfortowo używa. Mała główka jest idealnie dostosowana do otworu gębowego dziecięcia, zarówno "myjąca" jak "gryząca" wykończone są gumą, która przyjemnie piszczy podczas używania :)))

A Synek na to:


Jednym słowem: zakochał się w nowym gadżecie. Uwielbia, gdy mama z zapałem szoruje szczoteczką po tych dwóch biednych ząbkach. Ba po tych, które jeszcze nie wyszły też szoruje, czym wprawia Malucha w zachwyt. To naprawdę doskonały masaż. Na widok szczoteczki Synek mój szeroko otwiera buzię, a gdy uzna, że tych przyjemności wystarczy, wyrywa mi szczoteczkę i wkłada do buzi drugim końcem. I gryzie, memła, i gryzie...

Muszę przyznać, że oboje jesteśmy bardzo zadowoleni z tego zestawu. Jak na razie sprawdza się znakomicie. Nie spodziewałam się, że zrobię Synkowi taką przyjemność.

W testach jeszcze smoczek i butelka, ale o nich następnym razem.




Ps. Firma MAM ma specjalną świąteczną promocję: za Zestawy Startowe zapłacicie nie 117,15 zł a jedyne 79,90 zł! W skład MAM Start zestawu wchodzą: dwie butelki antykolkowe 160ml, jedna butelka antykolkowa 260ml, jeden smoczek, jedna tasiemka do smoczka, opakowanie prezentowe

Wszystkich zainteresowanych zachęcam do zapoznania się ze szczegółami na:

http://www.mambaby.pl/produkty_akcesoria_mam_baby_starter_set.html


piątek, 18 listopada 2011

Małe podsumowanie

Dziecię moje kochane rozwija się w takim tempie, że nie nadążam z nowościami, a co dopiero do starych spraw wracać. Żeby z głowy nie uciekło:

Po pierwsze SPANIE.
Jest mały sukces: przynajmniej pół nocy Mały spędza w swoim łóżeczku, jednak wciąż mamy problemy. Synek budzi się średnio co dwie godziny. Cudownie jest gdy jednym ciągiem prześpi trzy, ale zdarza się, że co godzinę Synek kontrolnie sprawdza, czy na pewno mama jest w pobliżu, i to najczęściej między drugą a piątą "w nocy". Cóż... musi chyba bardzo kochać swoją mamę w wersji ZOMBIE.

Po drugie JEDZENIE.
Na tym polu poczyniliśmy ogromny progres! Zapowiadało się nieciekawie, a momentami nawet dramatycznie... Jabłko nie, marchew nie... dopiero ziemniaki ze szpinakiem zasmakowały. Teraz Synek taki wybredny nie jest. Ze smakiem zjada wszystko prócz tartego jabłka. Tym sposobem wyeliminowałam jedno karmienie piersią na rzecz obiadku. Reszta karmień rozciągnęła się w czasie, by zmieścić jeszcze przekąskę z owocu i kolację z kaszki :) Już sobie wyobrażam jak Synek siedzi z nami przy wigilijnym stole i je swoją zupkę jarzynową zamiast barszczu...

Po trzecie STANIE.
A wydawało mi się, że ledwie wczoraj zamieściłam informację o tym, że Synek na dwóch nogach stoi. Teraz to już dla mnie żadna rewelacja, bo staje wszędzie, gdzie się da: przy łóżeczku, przy krześle i fotelu, przy meblach... wciąż stoi! A w łóżeczku to nawet na stojąco zaczyna się przemieszczać... z jednego końca na drugi... rączka do rączki, stópka do stópki, wolniutko ale sukcesywnie. I puszczać jedną rękę zaczyna, jakby ucząc się równowagi. Ale siadać nie chce! Oczywiście jak "bęcnie" to siedzi i to całkiem sprawnie, z podparciem w sumie też... Coś mi się wydaje, że jednak Wigilię to na stojąco skonsumuje... I nowy przydomek zyskał: "Guziaczek" bo wciąż tą główką meble obija...

środa, 16 listopada 2011

już MAM!!!

Dziś dotarła do mnie paczka z produktami dla dzieci MAM. Ależ się ucieszyłam!

Z tego, co się wstępnie zorientowałam firma ta jest dobrze znana mamom z mojego otoczenia, zwłaszcza jeśli chodzi o smoczki i butelki. Przyznam się, że dopóki nie zaczęłam podczytywać blogi koleżanek nazwa MAM nic mi nie mówiła. Zresztą ja to w ogóle zielona jestem z producentów akcesoriów dla niemowląt i dzieci, może dlatego, że tak niewiele ich do tej pory potrzebowałam.

I czytałam i sprawdzałam stronkę...i zaczęłam wiedzieć coraz więcej, m.in., że MAM wprowadza na rynek produkty bezpieczne, funkcjonalne i designerskie. I zakochałam się w tych smoczkach kolorowych... i żałowałam, że konkurs jeden przegapiłam w tej sprawie ;)
I jak to w życiu bywa: przyciągasz to o czym myślisz! Zaproponowano mi współpracę, a ja bez wahania zgodziłam się testować produkty MAM. Pierwsze co mnie zaskoczyło, to możliwość wyboru produktów (opcji i kolorów), bo przekonana byłam, że dostanę "standardową" paczkę. Dlatego tak się ucieszyłam otwierając dzisiejszą przesyłkę: 




Do przetestowania mam (a raczej mamy):

1. butelkę treningową 6+ (tego produktu jestem najbardziej ciekawa, bo Synek z butelki jeszcze ani łyczka nie zrobił. Gdyby się "sprawdziła" to byłby naprawdę przełom w pojeniu mego dziecięcia)

2. szczoteczki do zębów 6+ (wprawdzie dwa zęby już mamy, ale szczoteczki dotąd nie nabyłam, więc bardzo się cieszę, że dostałam)

3. smoczek (Synek smoka potrzebuje w kryzysowych sytuacjach, na co dzień obywamy się bez, więc na takowe poczekać musimy z testowaniem)

Moje pierwsze wrażenia, to "wow! jakie to wszystko kolorowe!". Te gadżety są po prostu bajeczne wizualnie! Zwłaszcza smoczek, który w zasadzie sama wybrałam i przyznam, że "na żywo" wygląda jeszcze lepiej. 

W kolejnych dniach poczynię dalsze obserwacje i podzielę się opiniami w osobnych postach :)))

poniedziałek, 14 listopada 2011

Kryzys laktacyjny...

...dopadł mnie po sześciu miesiącach karmienia! A już myślałam, że mnie to nie dotyczy...

W naszym codziennym rytuale Mały po kąpieli, na dobranoc dostaje pierś. I jak co wieczór  zaczynamy go kąpać, a on marudny jakiś taki. Głodny pomyślałam, bo coś mało zjadł w ciągu dnia. Ale jeszcze kilka chwil i Synek dostanie to, o co jęczy. Dostanie, albo nie dostanie... bo zaraz po przystawieniu zaczął ryczeć  wniebogłosy. Dosłownie darł się. Jak nie on! Co jest grane? Próbuję go opanować i jeszcze raz przystawiam... no pięknie... przecież ja w tych piersiach nic nie mam!

A jak mam mieć jak tylko jedną herbatkę w ciągu całego, długiego dnia wypiłam? Spanikowana wołam Mr.Tatę, wszak trzeba coś zaradzić, w końcu Synek głodny. Na szybko myślę co by tu mu podać:

- Może obiadek  mu damy?- pyta Tata
- Jest jakieś wyjście, ale co w nocy zrobię? Przecież on do karmienia mi się wybudza...
- Może kaszkę?
- Też mleka trzeba...

Podczas tej krótkiej burzy mózgów, przypomniałam sobie, że jakieś próbki MM mam gdzieś schowane. Jeszcze tylko myśl mi w głowie zawitała, jak go nakarmię, skoro on butelki niet. No trudno, dziecko głodne, trzeba nakarmić. Wyciągam tę małą paczuszkę i wczytuję się w instrukcję malusieńką, ledwo widoczną (przecież niedoświadczona baba ze mnie, w tym akurat temacie). Ok. Gotuję wodę, wyparzam butelkę, mieszam MM i pluję sobie w twarz, że nie zostawiłam choć kapki zimnej przegotowanej, bo teraz "kolacja" ma z 80 stopni! W między czasie wypijam chyba 1,5 litra wody... w panice totalnej. Mr.Tata dzielnie nosi swoją pociechę po całym mieszkaniu, żeby mały zapomniał, że głodny jest przecież...

Wkładam butlę do gara z zimną wodą. Biorę Małego na ręce, a tatę oddelegowuję do chłodzenia. Jeszcze raz przystawiam... Eureka! Coś tam jednak się znalazło, Synek trochę na siłę, ale ciągnie. Gdy do akcji wkracza Mr.Tata z butelką, ja odkładam już Małego do łóżeczka... uff

Biorę kolejną butelkę wody i wypijam duszkiem patrząc na moją pierwszą nietkniętą mieszankę... 

Po godzinie Synek budzi się, by dojeść trochę, a ja czuję się jakbym pół Polski mogła wykarmić! I stukam się w czoło "trzy litry płynów na dobę, a nie na godzinę, głupia ty..."

czwartek, 10 listopada 2011

Stoimy!!!

Synek skończył 6 miesięcy dwa dni temu! Waga: 10,7 kg! Wzrost 73 cm!

Ale najbardziej zaskakujące jest to, że Synuś zrobił dziś rano mamie niespodziankę i stanął w łóżeczku!


I teraz ja się pytam: "ale o co chodzi?"

poniedziałek, 7 listopada 2011

Dorwać Małego

Rozwój Synka mojego nabiera tempa, co pozwala mu zaskakiwać mnie na każdym kroku. W zdumienie popadam ogromne, z dnia na dzień coraz większe. I tylko do Mr.Taty mówię: "a widziałeś to?" "zobacz co On robi!" "Niemożliwe, niemożliwe"...

Przed kąpielą pozwalam Małemu pohasać trochę po łóżku moim z gołym tyłeczkiem. Synek zachowuje się wtedy jakby zastrzyk z adrenaliny dostał: skacze jak mała żabka, turla się, baraszkuje w pościeli, wspina się na moje kolana... Wczoraj leżał jednak spokojnie. Obserwowałam go przez chwilę i myślałam już, że coś mu dolega, gdy ten właśnie chwycił swoją stopę i siłą naciągnął tak mocno, że wsadził dużego palucha do buzi! Szok! Czyli mamy kolejny etap (swoją drogą ciekawe, że wszystkie ważne i przełomowe rzeczy dzieją się w miesięcznice urodzin - Synek jutro kończy 6 miesięcy).

Ale to nie wszystko! Gdy niespodziewanie dla mnie zrobił kupę w środku nocy i zmuszona byłam zrobić Wielką Iluminację w pokoju by dojrzeć co i gdzie mam umyć, Synek odkrył coś jeszcze! Na chwilę odwróciłam wzrok od niego by sięgnąć po pieluszkę, a w tym czasie Synek odkrył, że ma Ptaszka... I ciągnie za niego, ciągnie próbując do buzi dociągnąć. A ja myślę sobie "Urwie? Nie Urwie?". Uff... nie urwał. Zrezygnował po kilku chwilach i westchnął ciężko, po czym podrapał się "po męsku"...

I czekać tylko jak ten mój Mały Odkrywca zmieni się w Wielkiego Zdobywcę... ech

sobota, 5 listopada 2011

I Koń na dokładkę...

Rozszerzanie diety mojego Synka kochanego stało się faktem. Przyznam, że na początku nie szło zbyt dobrze, ale teraz jest znakomicie! Mały zjada wszystko co mu podsunę! Nie marudzi, na razie nie zaobserwowałam żadnych skutków ubocznych. Z uwagi, że nie do końca byłam przygotowana do karmienia, w zeszłym tygodniu odwiedziłam sklep Ikea by zaopatrzyć nas w potrzebne akcesoria...

Tak naprawdę to pojechałam po jedną konkretną rzecz: śliniak - kaftanik coby Synek nie plamił na marchewkowo swoich ubranek (już zdążyłam się przekonać jak ciężko jest je doprać). Ledwo wróciliśmy z nową zdobyczą już zabrałam się do testowania... Po zakończonym obiadku, ściągnęłam śliniak i na bluzeczce Synka zobaczyłam wielką pomarańczową plamę...

 
Ale się wkurzyłam... aż przypomniało mi się słownictwo odpowiednie na tego typu sytuacje... Byłam tak wściekła, że postanowiłam napisać do Ikea informację "jaki wspaniały produkt sprzedają". Bo po co komu taki gadżet, który nie spełnia swojej podstawowej funkcji. Równie dobrze mogłabym nic nie założyć, a efekt byłby taki sam! Oczywiście Mr.Tata śmiał się ze mnie "Ikea miliardy zarabia, a Ty myślisz, że się zainteresują tym, że Ci śliniak przecieka..." Po kilku dniach dostałam jednak pismo zwrotne od Pani z działu reklamacji, ze przekaże moje uwagi do działu kontroli jakości, a ja produkt mogę zwrócić nawet pocztą, a na podane przeze mnie konto bankowe wpłyną pieniążki łącznie z kosztami przesyłki jakie poniosłam!

Byłam w szoku... a jednak ktoś się przejął :)

Na szczęście w Ikea kupiłam jeszcze jeden gadżecik:


I ten komplecik z powodzeniem służy naszym jedzeniowym rytuałom, a synek spojrzenia oderwać nie może od żabinych oczu...

Mr.Tata z kolei wypatrzył dla dziecięcia zabawkę (a może dla siebie?):



I jak na razie to mamusia ożywia końską głowę... Synek zresztą bardzie zainteresowany jest "Koniem w stanie spoczynku" i z przyjemnością pałaszuje jego uszy, gdy tylko znajdzie się w jego zasięgu.

Za to spojrzenie Synka mówiące "ale o co chodzi?" gdy Koń zaczyna się ruszać i śpiewać ulubione piosenki maminym głosem jest po prostu bezcenne...

środa, 2 listopada 2011

Czas Wielkiego Powrotu...

...mojego Synka do własnego łóżeczka właśnie nadszedł!

Skoro śpiąc ze mną i tak wybudza się średnio co 1,5-2h, to jaki jest tego sens? Oczywiście jest mi łatwiej, bo nie muszę wstawać i wyciągać go z łóżeczka. Ale przecież nie o to mi chodziło! Przyczynę tego wstawania upatruję oczywiście w "wychodzących" zębach... bo nie mam innego pomysłu!

Tak więc postanowione. Synuś kochany wraca do siebie! Przysunęłam nawet łóżeczko bliżej łóżka by mieć go na wyciągnięcie ręki. Po rytuale kąpieli i cycusiu na dobranoc odłożyłam go "do siebie"... między 20.00 a 23.00 przebudził się kilkakrotnie, ale Mr.Tata dzielnie usypiał dziecię swoje... Potem nadeszła pora kolejnej porcji mleczka... i znów do łóżeczka... Niestety o 01.00 dałam za wygraną i Synuś wylądował w moim posłaniu... ech...

Na szczęście to pierwsze podejście... dziś kolejna próba!

Obniżyliśmy też poziom łóżeczka, bo Synuś klęczeć zaczynał i bałam się, ze fiknie koziołka... 
Nadszedł dla nas czas wielkich zmian...

sobota, 29 października 2011

Kochać za bardzo...

Będąc już w ciąży odwiedziłam znajomą i jej rocznego Syna. Podczas wspólnych rozmów o dzieciach i macierzyństwie, zapytałam ją kiedy planuje drugie dziecko (wcześniej wielokrotnie deklarowała, że chciałaby mieć dużą rodzinę). Na to ona:

- No co ty? Za bardzo kocham mojego syna, by pokochać drugie dziecko...

Przyznaję, że wtedy bardzo mnie to zszokowało. No bo jak to? Przecież dzieci kocha się tak samo... serce matki wszak pojemne jest bardzo... Długo nie dawało mi to spokoju. 

Gdy przyszedł na świat mój Syn, byłam tak szczęśliwa, że od razu chciałam mieć drugie. Młoda już nie jestem, więc myślałam sobie, że jak to pierwsze trochę "ogarnę" to postaramy się o następne.

Dziś, prawie pół roku od narodzin mojego Szkraba, nie wyobrażam sobie, że mogę pokochać kogoś bardziej. Kocham bezgranicznie męża swego i bez opamiętania Syna... Kocham go za bardzo, by mieć drugie dziecko. Nie wyobrażam sobie, że trzymam na kolanach "to drugie" i mówię do niego: "Kocham Cię Perełko najmocniej na świecie", a mój Syn na to patrzy... Zawsze będzie pierwszy, wyczekiwany i najmocniej kochany. ZAWSZE!

I to nie prawda, ze dzieci kocha się tak samo. Zawsze, któreś zapada w matczyne serce bardziej...

wtorek, 25 października 2011

Idą Zęby, idą!

Ale dlaczego idą właśnie w nocy, ja się pytam? A czy szacowne Zęby nie wiedzą, że w nocy to się śpi, a chodzi się w dzień? Czy nie powinna być na to jakaś ustawa konkretna? Albo zakaz odgórny? No jak można?

A małe dzieciątko to się uczy od tych Zębów strasznych i nie wie w sumie czy to noc jest czy dzień? Czy bawić się można czy spać trzeba?

I w takiej oto rozterce jesteśmy: mój Synek zmienia się w człowieka a ja w zombi.


Zęby wyszły już dwa! Dwie dolne jedynki! 

sobota, 22 października 2011

Padnij! Powstań!

A Synek się nauczył! Oj nauczył się zrzucać przedmioty na podłogę! Na początku myślałam, że te wszystkie grzechotki mu ot tak, po prostu wypadają z rączki, więc za każdym razem zginałam ten mój biedny kręgosłup i dźwigałam zabawkę... aż odkryłam, że Synek coś dziwnie zadowolony z tego faktu jest... No proszę! Nadszedł czas by sprawdzać siłę grawitacji i giętkość mamy. 

I w ten oto sposób miałam poranną gimnastykę, bo zanim zorientowałam się o co chodzi, to ze dwadzieścia razy się zgięłam :)

Zauważyłam również, że smakowym odkrywcą Synek nie jest... oj nie! Opornie nam idzie to karmienie, ale do odkrywania świata to zapał ma przeogromny! Pokój zwiedził już wzdłuż i wszerz... i w progu się zatrzymuje, bo jeszcze nie wie, że do kuchni też można wejść... A porusza się przy tym w najróżniejszy sposób... na czworakach człapiąc... na brzuszku pełzając... bądź turlając się! 

Mimo, iż obroty z brzuszka na plecy trenował już wcześniej, to teraz nauczył się tę umiejętność wcielać w życie i wykorzystywać do poruszania. I uśmiałam się straszliwie jak zobaczyłam mojego Szkraba turlającego się z jednego kąta w drugi...

I zastanawiam się czy czasem mu froty do ciałka nie przymocować, bo może wtedy panele będę miała  na wysoki połysk?

wtorek, 18 października 2011

Sokole Oko

Jak on to robi? No jak, że zawsze zobaczy i dorwie coś czego nie powinien?

Odkąd mój Mały zaczął swoje raczkopełzanie cudownie odnajdują się dawno zagubione przedmioty. I to nie byle jakie! Jakieś stare, mocno zużyte mamine kapcie, ciśnięte gdzieś w kąt lądują „o mały włos” w buzi Syneczka...

Jak to jest, że ZAWSZE znajdzie szczelnie wsunięty pod poduszkę pilot do TV, odłożoną na środek (!) stolika książkę z biblioteki, teczkę z rachunkami wciśniętą pomiędzy pudła kartonowe, schowany za szafą i zasłonięty Power Mikser Mr.Taty...?

No i te metki... potrafi wyssać każdą znalezioną! Niezależnie czy jest bezpiecznie przyczepiona do zabawki, czy ubrania rodziców.

I co ja na to poradzę, że nie ma lepszych zabawek dla Niego niż te samemu odnalezione i zaadaptowane. Koszulki na dokumenty, gazety, komórki to dla niego raj...

A tak bardzo się staram, by wszystko co „zakazane” zniknęło z oczu mojego Skarba. Moje zaklęcia jednak nie działają wystarczająco skutecznie, bo Mały Czarodziej swym spojrzeniem złamie każde zabezpieczenie, by po raz kolejny udowodnić mi, jak bardzo mam ograniczoną wyobraźnię...

Ale to nic! Przynajmniej poćwiczę refleks, bieg przez przeszkody oraz zręczność wyjmowania przedmiotów „prawie z buzi”.

sobota, 15 października 2011

(nie)szczęścia chodzą parami

czyli mamy ZĄBEK!!!

Nasz pierwszy! Wykluwał się powoli, co wprawiało mojego Synka w ogromną irytację i rozdrażnienie. Ledwo go widać co prawda, ale jest wyczuwalny - ostry jak brzytwa. Myślę, że jeszcze dzień, dwa i będzie świecił w jego bezzębnej do tej pory jamie. Jak zwykle jestem bardzo dumna. Obdzwoniłam rodzinę by pochwalić się tą niespodzianką.

Znoszę to dzielnie. Staram się nie dać ogólnemu pojękiwaniu, popłakiwaniu Kochanego Mojego Skarba. Noszę, przytulam, śpiewam (!!!) na potęgę. Jednak po dzisiejszej nocy (Mały od 4.30 do 7.00 cały czas przy cycu, gdy próbowałam wyjąć, darł się  wniebogłosy) pognałam do apteki po pomoc. Zakupiłam Dentinox Żel - jedyny dostępny preparat... Podobno dobry, zobaczymy. Po "obiadku" posmarowałam swędzące dziąsełka i rzeczywiście, jęczenia jakby mniej...

No, ale jak to zwykle bywa... ząbkowanie to nie jedyny problem. Właśnie rozpoczęliśmy naukę jedzenia pokarmów stałych. Jak już wspominałam na pierwszy ogień poszło jabłko: 3 dni soczek jabłkowy, 2 dni mus. O ile soczek jakoś "wchodził" (myślę, że Synek przyjmował go raczej z ciekawości), to z musem mamy problem. Wykrzywia się na wszystkie strony, macha rączkami, a w ostateczności wygina się w mostek. Wtedy przerywam karmienie. I teraz nie wiem, czy tak bardzo mu jabłuszko nie smakuje, czy to przez ząbkowanie?


W poniedziałek podam marchewkę i zobaczymy.

Czym ten Jednozębny Rycerz jeszcze mnie zaskoczy?

czwartek, 13 października 2011

Jajko Niespodzianka

No może nie taka niespodzianka, ale właśnie dziś przyszła do mnie paczka, na którą czekałam :)


a w niej:






Dlaczego się cieszę?
Po pierwsze, bo lubię prezenty!


Po drugie, bo jest w niej coś co mnie bardzo interesuje - Płyn do mycia ciała. Mam do niego ogromny sentyment. To był pierwszy kosmetyk mojego Synka, z którym zetknął się jeszcze w szpitalu. Ja - strachliwa matka zaraz po powrocie do domu zaczęłam do kąpieli Małego stosować emolienty. Jednak położna środowiskowa, do której mam pełne zaufanie, zwróciła mi uwagę, że właściwie nie muszę ich stosować, bo nie ma wskazań. I miała rację. Synek alergikiem nie jest, a skórę ma gładziutką jak tafla lodu. Zaczęliśmy kupować więc różne kosmetyki (niektóre sama kończyłam, bo były... no cóż... niewłaściwe co najmniej). Teraz koło się zatacza i znów będziemy kąpać Synka w Johnsonie. 

Po trzecie, a właściwie dwa pierwsze wystarczą :)

Reszty kosmetyków nie znam, więc się nie wypowiadam na razie.

wtorek, 11 października 2011

Jak rozszerzyć dietę? No jak?

Byliśmy dzisiaj na wizycie kontrolnej u pediatry. Synek został zważony (10kg), zmierzony (70cm, choć ja widziałam 71), osłuchany... Lekarka się pyta "a synek to już obraca się samodzielnie?" ja uśmiech od ucha do ucha "raczkować zaczyna" :)))
Po krótkiej i rzeczowej rozmowie, lekarka stwierdziła, że czas dietę rozszerzyć... Rozszerzyć? już? ale... ale... zatkało mnie. Myślałam, że mamy jeszcze czas, a to już... Oczywiście dostałam szczegółowe instrukcje, ale mimo szczerych chęci nic nie zapamiętałam. W takim szoku byłam! Myślałam chyba, że na tym cycu to już zawsze będę ciągnąć. 

A teraz stres przyszedł. Bo co ja temu dziecku mam dać? Stanęłam w markecie przed rzędem słoiczków i usilnie starałam sobie przypomnieć co najpierw. Od czego zacząć? Kupiłam soczek jabłkowy ( bo przypomniało mi się, że pediatra coś o płynnych mówiła) i mus jabłkowy (bo po tych płynnych to stałe mają być). Postawiłam na jabłko... bo chyba od jabłka się zaczyna? 

Teraz wertuję internet w poszukiwaniu informacji. I po telefon sięgnęłam, zapytać o wcielenie teorii do praktyki, ale jak usłyszałam "ja już w trzecim miesiącu maliny z ogródka podawałam", to stwierdziłam, że nie o takie rady mi chodzi.

Jedyne co tak naprawdę zapamiętałam, to że dziecko do ukończenia roku powinno być na słoiczkach. Szczerze, to nie znam żadnego roczniaka, co to same słoiczki je.

A co z tym magicznym glutenem w końcu? Co podawać? ile? kiedy? kosmos jakiś...

No nie chcę iść do niej jeszcze raz... głupio jakoś...
Pomożecie? 

sobota, 8 października 2011

Pięć miesięcy Raczka Nieboraczka

Właśnie dziś mój Szkrab kochany kończy pięć miesięcy. I jak to w życiu bywa, od razu zaskoczył nas nową umiejętnością...

chyba zaczyna nam raczkować!!! Piszę chyba, bo nie jestem pewna czy to już. Od kilku dni obserwowałam jak unosi swój tyłeczek i próbuje klęknąć. Raz nawet mu się udało wytrzymać na czworakach przez 10 sekund (liczyłam). Dziś jak co dzień, położyłam go na łóżku, wrzuciłam zabawki  i usiadłam obok. Z drugiej strony usiadł Mr.Tata z filiżanką kawy (jaskrawo pomarańczową filiżanką!). Patrzymy, a tu nagle Synek z plecków obrócił się na brzuszek, uniósł pupkę, wyprostował łokcie i stoi... i patrzy. My oczywiście wniebowzięci. Nagle zaczyna się kołysać do przodu i do tyłu. My zamarliśmy i patrzymy po sobie. A tu bach - jedna ręka do przodu, następnie kolano, chwila przerwy na złapanie równowagi i znowu rączka do przodu, tym razem druga, i kolano szura po prześcieradle. Co za akcja. Mały patrzy na tatusiową filiżankę i wyciąga rączkę, ale wciąż jest za daleko... kołysze się znowu i niezdarnie przesuwa się do przodu, aż w końcu udaje mu się położyć głowę, na tatusiowym udzie. My w szoku :)))

Czy to już? Czy to oznacza, że Synek zaczyna się przemieszczać samodzielnie?

Muszę mocniej zabezpieczyć przestrzeń, w której się bawi, bo jak nabierze wprawy w tym raczkowaniu, to same moje "bycie w pobliżu" chyba nie wystarczy.

Jestem taka dumna, że chyba pęknę!!!

czwartek, 6 października 2011

Podwórkowe Historie

Rozpieściła nas ta jesień, oj rozpieściła... aż strach pomyśleć, że nadchodzą chłodne dni.

Pomyślałam właśnie dzisiaj, że z terminem porodu trafiliśmy w dziesiątkę. Pierwsze majowe spacery, potem całe lato (choć w lipcu było dość chłodno), no i sierpień, wrzesień, październik... tak cudownie było przebywać z Synkiem na świeżym powietrzu... Cudownie zwłaszcza dla mnie, ponieważ były to chwile wytchnienia, odpoczynku, relaksu. Mój Mały Rycerz jakże mi pomagał, zasypiając prawie przy pierwszym zakręcie na Plac Zabaw :) Wtedy mogłam zaszyć się gdzieś w kącie na ławce, z książką bądź czasopismem w ręku, wystawiając moje blade kończyny na słońce.

Zdarzało się jednak, że te skrajne ławki, oddalone od głównych "atrakcji" były zajęte, więc musiałam zająć miejsce bliżej bawiących się dzieci oraz ich rodziców, dziadków, opiekunów... Chcąc nie chcąc miałam wtedy okazję poobserwować różne "postawy rodzicielskie". Niestety wiele było tych negatywnych. Może nawet zbyt wiele. Wręcz zastanawiałam się czy ci ludzie przychodzą z dziećmi na plac zabaw za karę? I od razu żal mi się zrobiło tych aniołków... bo obserwować je podczas zabaw było dla mnie ogromną przyjemnością. 

Pierwsza historia, która mną wstrząsnęła, zdarzyła się praktycznie na początku moich spacerów. Nie zdając sobie sprawy jak głośno jest w samym "centrum" przycupnęłam z Małym prawie w samym środku i zatopiłam nos w książce. Ławkę obok zajęły dwie kobiety: Matka, Córka (ok.30 lat) wraz z synem. Obie były dość znacznie przy tuszy. Córka okazała się najgłośniejszą osobą na placu, co więcej głośniejsza niż wszystkie dzieci razem wzięte: "Dominiczku załóż czapeczkę!!! Dominiczku nie wchodź na zjeżdżalnie!!! Dominiczku nie siedź na trawie!!! Nie biegaj!!! Chodź zjedz ciasteczko!!! Chodź zawiążę Ci buta!!!" . A głos miała donośny. Wzbudzała tymi swoimi zawołaniami irytację chyba wszystkich obecnych rodziców. W końcu jej własna matka nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć (!!!) na córkę: "Mogłabyś ruszyć tę grubą dupę i zawiązać mu buta, a nie drzeć się!!! Jesteś taka gruba i leniwa!!! Wstydziłabyś się!!!" itd.
Nie wiem, która postawa była gorsza... szybko sobie poszłam, zszokowana...

Razu pewnego, czytając oczywiście, dobiegły do mnie strzępki rozmowy o baterii, sprawnie działającym sprzęcie, niezawodności i satysfakcji... przekonana, że rozmowa dot. sprzętu kuchennego jakiegoś, zwróciłam głowę w stronę rozmówczyń. Dwie miłe panie rozmawiały i chichotały... I zastanawiałam się z czego? Z malaksera jakiego? Aż jedna z pań wspomniała coś o mężu przyłączającym się do zabawy... Spojrzałam raz jeszcze w tę stronę. Obok ławki bawiły się córeczki (ok. 6lat) owych pań... I spłonęłam rumieńcem... I wstyd mi było, że to słyszałam, ale czy to ja powinnam się wstydzić?

Kiedyś też spotkałam dziadka, który na plac przyszedł z wnuczkiem. I pomyślałam, że to cudownie jak dziadek z wnuczkiem spędzają razem czas... Do czasu, kiedy dziadek się nie odezwał, zakazując małemu, żywemu chłopczykowi wszystkiego prawie: "Nie wspinaj się, bo nie będę Cię łapał", "Nie, na huśtawkę nie pójdziemy, bo nie mam siły cię huśtać", "Nie biegaj, bo się wywrócisz", "Nie kop piłki, bo wyleci za ogrodzenie" itd. W końcu chłopak zrezygnowany siada na ławce "Dziadku chodźmy już do domu pooglądać telewizję". Żal... po prostu żal...

Takich historii było całe mnóstwo. Aż pomyślałam sobie, że na tym placu zabaw to jakaś zła energia płynie chyba... bo wszyscy tacy agresywni... tylko te dzieci "Bogu Ducha winne"... nieszczęśliwe, że nie mogą się normalnie bawić...

Ech...

Teraz wszystko się zmieni. Już nie będę przesiadywała na ławce. Trudno będzie wysiedzieć jak takie wietrzysko daje po kościach. Będziemy SPACEROWAĆ. Z tej okazji odgrzebałam dawno zapomniany  acz przydatny w taką pogodę przedmiot: KUBEK TERMICZNY!



Nie boję się jesieni! Jestem przygotowana :))))))

poniedziałek, 3 października 2011

Moje miejsce na ziemi

Mimo, że wychowałam się w niewielkim miasteczku moim przeznaczeniem są wielkie aglomeracje. Nie mam sielsko-anielskiej natury niestety. Nie kręcą mnie białe domki z ogródkiem gdzieś na wiejskich obrzeżach. Nie kręcą mnie nawet rajskie plaże oddalone od turystycznego zgiełku. Odkąd pierwszy raz obejrzałam serial „Sex and the City”, a było to zgoła piętnaście lat temu, wiedziałam jak chcę żyć! Wiedziałam, że Nowy Jork jest miejsce dla mnie. Te kolorowe obrazy: Moda, Światła Wielkiego Miasta, Kobiety Wolne i Niezależne... to było wręcz nie do pomyślenia. W małomiasteczkowym myśleniu młoda wolna kobieta nie miała prawa mieszkać samodzielnie.

Przyszedł jednak czas, że wyjechałam do większego miasta. Tu odetchnęłam. Z dala od ciasnego myślenia poruszałam się swobodniej, trochę jakby odważniej. W swoich czterech ścianach znalazłam bezpieczeństwo. Jednak zabrakło mi odwagi, by zrobić krok do przodu. Żyć tak jak zawsze sobie wyobrażałam. Moja wyobraźnia kurczyła się za dnia na dzień. Pewnego dnia odkryłam z przerażeniem, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie mojej przyszłości, że stanęłam w miejscu, że jestem pospolita, że... Życie jest szare i niczym nie przypomina kolorowych świateł Nowego Jorku.

Piętnaście lat temu obudziłam w sobie pragnienie wielkiego świata. Teraz chcę obudzić to pragnienie raz jeszcze. Wierzę, że mam możliwość wpływania na swoje życie. Przecież nie muszę płynąć z prądem. Zrobię wszystko by w końcu wyjechać do miasta moich marzeń.

No cóż, zaczęłam banalnie... puściłam totka na tą Wielką Kumulację i rozpoczęłam swoją wizualizacje: wybrałam termin, sprawdziłam samolot, wybrałam hotel... ba, nawet pokój w hotelu, sprawdziłam menu, zrobiłam listę miejsc, które chciałabym zobaczyć... I co? Nie wygrałam...

Ale to nic nie szkodzi. Na pewno znajdę sposób by tam dotrzeć. A gdy stanę już „oko w oko” ze Statuą Wolności to będę mogła powiedzieć, że jestem tam gdzie zawsze chciałam być. 

sobota, 1 października 2011

Rzecz o pieluszkach

Już pięć miesięcy testuję ten jakże nowy dla mnie produkt. Testuję na moim Syneczku oczywiście muszę przyznać, że z ogromnym powodzeniem. Piszę z "ogromnym" bo nie mieliśmy dosłownie żadnego niemiłego incydentu związanego z pieluszkami. Żadnych odparzeń, oszczypań, odgnieceń itp. A używamy w zasadzie dwóch  (może trzech) rodzajów:






Huggies Premium, Pampers Active Baby, oraz Pampers Sleep and Play. Zakupujemy na zmianę, w zależności od aktualnej promocji. Stawiam pomiędzy nimi znak równości, chociaż mogłabym wymienić kilka różnic. Dla mnie spełniają swoje zadanie i już. 

Zdarzyło mi się kilkakrotnie mieć pieluchy z innej firmy. Raz jakieś Dada z Biedronki... no fatalne były. Najgorszy był zapach... wszystko miałam nim przesiąknięte, jakość rzepów też dawała dużo do życzenia. Po skończonej paczce obiecałam sobie, że nigdy... ale to przenigdy więcej.

Jednak kolejny raz się zdarzył... jakieś tam pieluchy z Lidla. Kupiłam, bo potrzebowałam na szybko. Zużyłam i zapomniałam. Może nie były takie złe, ale uraz po tych pierwszych pozostał. To były tylko te dwie paczki...

Przez pierwsze dwa tygodnie życia mojego Synka zużywaliśmy ok 20 pieluch dziennie! co przerażało mnie straszliwie. Już wyobrażałam sobie, że na same pieluchy wydamy cały nasz majątek. Na szczęście wszystko szybko się unormowało i wraz z nowym rozmiarem zmniejszała się ilość pieluch. Aktualnie schodzi nam 5-7 pieluch na dobę. 
Rozmawiałam ostatnio z jedną znajomą, która spodziewa się swojego pierwszego dziecka już za miesiąc. Dziewczyna naczytała się o eko-wychowaniu. Postanowiła w ten sposób przeprowadzić swoje dziecię przez świat. Oczywiście od pieluszek zaczęła, bo nie będzie używała zwykłych "pampersów", bo to na pewno szkodzi dziecku, bo to tyle chemii jest, bo odparzenia, bo w zasadzie samo zło. Tetra w sumie też nie wchodzi w grę, bo za dużo roboty... Stanęło na tym, że zainwestowała ok. 4000zł i kupiła 40 pieluch wielorazowych. Takich eko, co to można prać, co rosną razem z dzieckiem i wyglądają jak majtki.

I tak zastanawiam się... jak sobie poradzi gdy też będzie zużywała 20 pieluch na dobę przez pierwsze tygodnie... Prać te wielorazówki i suszyć na przełomie października i listopada? Zainwestować i dokupić? Przerzucić się jednak na pampersy? 

Nie podejmowałam z nią tego tematu, bo o radę nie prosiła, a ja się nie wtrącam (sama tego nie toleruję). Zresztą jakiej rady bym jej mogła udzielić sama będą przedstawicielką "złych standardów"?


Ps. Przyłączam się do akcji "Pięknie jest rodzić" by Maya.



środa, 28 września 2011

Męskie sprawy

Często zastanawiam się kim będzie mój Syn? jaki będzie? Z wyglądu to wypisz - wymaluj Mr.Tata... a z charakteru? Hmm... chciałabym, żeby był taki jak on... Dlatego cieszę się bardzo, że tata tak często i chętnie mi pomaga. Wręcz wyręcza mnie w niektórych sprawach, a co więcej, zaczynają się tworzyć takie małe męskie rytuały.

Pierwszym była kąpiel. Zaraz po powrocie z naszym Synkiem ze szpitala do domu oczywistym było, że ja kąpię dziecko, ale już po kilku dniach usłyszałam "Dziś ja spróbuję" i od tego czasu jest to magiczny czas dla moich chłopaków. Jak tylko przygotuję Małego... gdy już leży golusieńki na przewijaku podchodzi tata i bierze go na ręce "Ty już wiesz co Cię czeka" i Synek reaguje uśmiechem, bo wie... kilka cudownych minut w ramionach tatusia. Przyznaję, że ja kąpię tylko pod nieobecność Mr.Taty.

Drugim były zakupy. Z uwagi, że Mr.Tata jest bardziej mobilny niż ja i łatwiej mu robić codzienne zakupy to i dla Malucha je robi. Na początku z listą i telefonem przy uchu kupował oliwkę, płyn do kąpieli, witaminki, pieluchy... a teraz? Teraz to ja nie biorę w tym udziału... To Mr.Tata dba o to by Synkowi niczego nie brakowało i to on wie lepiej czy płyn do kąpieli się kończy, czy jeszcze starczy na tydzień...

Trzeci powstał niedawno i to poniekąd za moją sprawką. Skoro umówiliśmy się, że sobota będzie należała do mnie to jednocześnie stała się dniem Ojca i Syna. Wspólny spacer, wspólne zabawy, wspólne czytanie... Synek ma możliwość poznania innych przyjaciół niż Kubuś Puchatek. Tatuś dba by znał wszystkie nowinki, ze świata motoryzacji i zamiast bajki czyta mu "Auto Świat" i "Motor". No i ostatnio słyszałam, że Krajewski poszedł w ruch... I tańce wygibańce wyczyniają przed lustrem... i śpiewają "męskie" pieśni... i sztamę razem trzymają:

(gdy Synek wytargał mnie za włosy, bo odkrył właśnie, że tak się da) Mr.Tata rzecze:
- no Synu! widzę, że podział obowiązków w rodzinie nastąpił! Ja jestem Władza  Ustawodawcza a Ty Wykonawcza!

Dziś powiedziałam Mr.Tacie, ze cieszę się, że mają z Synkiem swoje rytuały, na co Mr.Tata zareagował: "No co Ty. Przecież każdy tata tak robi!"

Każdy? No chyba nie bardzo...

sobota, 24 września 2011

Fizyka kwantowa czyli jak wpłynąć na własne dziecko...

Jaki związek ma fizyka kwantowa z wychowaniem dziecka?
Jakiś czas temu dostałam namiary na wykłady Gregga Bradena o związku fizyki kwantowej z życiem człowieka. Od tego czasu chodzę lekko wstrząśnięta i błądzę myślami wokół tematu.

Czym jest fizyka kwantowa? W ogólnym zarysie opisuje obiekty (kwanty) o bardzo małych rozmiarach i masach np. atomy, cząstki elementarne, energię itp. Nasz Wszechświat złożony jest z energii, którą można zamieniać na inną energię czy materię. Częścią tego wszechświata jest człowiek. Jego energia również oddziałuje z innymi energiami wchodzącymi w ten skomplikowany układ.

Gregg Braden mówi, że nasze myśli, uczucia wysyłane są w wszechświat w formie energii właśnie...



Skoro nasza energia współtworzy wszechświat, a energią są też nasze myśli i uczucia, to my sami kreujemy rzeczywistość, która nas otacza. Nasze życie jest takie jak nasze myślenie. 

Moja babcia zawsze mówiła, że optymiści żyją dłużej i szczęśliwiej. Czyli pozytywna energia wysyłana w wszechświat, kształtuje świat w jakim się żyje. Myślę pozytywnie, jestem uśmiechnięta, mam dużo dobrej energii = spotykam na swojej drodze uśmiechniętych ludzi, chce mi się coś zrobić ze sobą, zawsze widzę pozytywne rozwiązania...

Z podobnymi kwestiami spotkałam się już wcześniej, podczas oglądania filmu "Sekret" (prawo przyciągania - otrzymujesz od świata to, o czym pomyślisz np. cały czas boisz się, ze cię zwolnią z pracy? Na pewno to zrobią, bo taką wiadomość wysyłasz swojemu pracodawcy).


Podobne zagadnienia można znaleźć również w Metodzie Silvy ("Twoje myśli tworzą rzeczywistość") oraz jodze (kontrola nad ciałem i umysłem). Zresztą temat jest tak szeroki, że można by napisać pracę magisterską... a nie o to mi chodzi. Odkąd obejrzałam serię wykładów Bradena inaczej zaczęłam postrzegać pewne kwestie również wychowawcze.

Skoro moje myśli oddziałują na moje otoczenie, a ja w ostatnim czasie myślałam tylko o tym, że jestem zmęczona, że jestem niewyspana, to jak miał się zachowywać mój Syn? Budził się wciąż, bo ja mu podświadomie kazałam! Zrobiłam sobie taki mały eksperyment (wspominałam już wcześniej, że mam pewien plan:) ). Przez ostatni tydzień myślałam tylko pozytywnie. Wyobrażałam sobie, że jestem wyspana, że Synek nie marudzi, tylko przesypia noce, że jest uśmiechnięty i zadowolony... I co? I zaczęły spływać na mnie wszelkiego rodzaju rozwiązania:  wzięłam Synka do łóżka, jakimś sposobem natchniona obróciłam go na brzuszek, co pozwala mu spać dopóki nie zgłodnieje. Wszystko zaczyna się układać, bo układam to w mojej głowie.

Oczywiście, że nie działa to jak magiczne zaklęcie: "Synu śpij" i Syn automatycznie zamyka oczy. Chodzi raczej o moje nastawienie. Postanowiłam przyciągać do siebie tylko pozytywną energię i taką właśnie staram się wysyłać :))))

środa, 21 września 2011

Czy to jawa jest? czy sen?

Ja Matka powinnam się chyba stuknąć w głowę! I to porządnie!


Tyle tygodni nieprzespanych! Tyle stresu! Tyle łez! (moich oczywiście). Gdybym ja to wcześniej wiedziała...


Synek sypia ze mną od tygodnia prawie! I co najważniejsze SYPIA! A ja razem z nim, ku uciesze wszystkich domowników. Już od dawna nie byłam taka wyspana. Przez pierwsze dwie noce jeszcze zdarzyło mu się marudzić, ale i na to znalazłam sposób: zmieniłam mu pozycję... z plecków na brzuszek! NA BRZUSZEK!


Dlaczego nikt mnie wcześniej nie uświadomił, że dzieciątko kochane może jęczeć bo jest mu niewygodnie? Dlaczego nie wpadłam wcześniej na to, że na brzuszku chce poleżeć?


Tak mi głupio... może nawet niepotrzebnie zabrałam go do łóżka? Ale póki co niech tak zostanie jeszcze jakiś czas... może potrzebuje też mojej bliskości?


No i przy okazji w dzień dłuższe drzemki sobie urządza... Boże! Jest tak błogo...



sobota, 17 września 2011

Wyrzuciłam męża z łóżka...

...a właściwie to Synek mój kochany wyrzucił!

No nie chce spać i już. Nie wiem, co się dzieje, ale nie jestem cyborgiem i spać też muszę! Upierałam się straszliwie, by Synek spał od samego początku w swoim łóżeczku i tak było... ale każda bajka szybko się kończy. Mały terrorysta postanowił, że będzie ucinał sobie drzemki... po kąpieli ok.19.00, śpi mniej więcej do 23.00, karmienie, następna pobudka ok 01.00 i zaczyna się maraton... 30 minut snu / godzina czuwania, gugania, śmiechu, czasem płaczu i tak do rana... 

Ręce mi opadają i to dosłownie, bo tak 9-cio kilowego bobasa nosić prawie przez 24 godziny... do końca miłe nie jest. Po kilku nieprzespanych nockach z rzędu staję się agresywna! 

Zrobiliśmy naradę rodzinną i postanowiliśmy, że Mr.Tata wyprowadzi się do drugiego pokoju, abym mogła wziąć małego do naszego łoża. Myśleliśmy, że może moja bliskość pomoże mu spać, a przynajmniej jedno z nas będzie wyspane...

Pierwsza taka nocka i wszyscy troje obudziliśmy się uśmiechnięci :))) Mr.Tata - bez komentarza, bo to oczywiste. Ja wstawałam tylko trzy razy do karmienia: 22.30, 12.30, 02.00 i od drugiej do 06.00 rano spałam sobie słodko... a spałam, bo zasnęłam podczas karmienia z cyckiem na wierzchu i Synek miał stały dostęp do pokarmu... Synek zadowolony a jakże! No, ale wiadomo tak być nie może, choć w duchu nie żałowałam, bo przynajmniej odespałam trochę ostatnie tygodnie. 

Kolejna noc. Mr.Tata obudził się zadowolony - oczywiste. A ja z podkrążonymi oczami ciskałam piorunami. Od 02.30 nie zmrużyłam oka... SHIT!

Mr.Tata na mój widok:

- oj nawet nie wiesz jak za wami tęskniłem. Myślisz, że to tak przyjemnie jest spać samemu w dużym, miękkim łóżku... w takiej ciszy... nie musząc zwijać się w kłębek?

- chyba już nigdy się nie przekonam...

- a tak poważnie, to patrzę na ciebie i nie rozumiem co czujesz, bo jestem wyspany... Wystarczyły dwie noce i zapomniałem... I chyba nikt kto nie ma dzieci nie zrozumie tego, jak bardzo można być zmęczonym...

I zgadzam się z nim całkowicie, bo przypominają mi się twarze znajomych, którzy patrzą z pobłażaniem, gdy mówię, że ciężko jest..., że nie ma kiedy się wyspać... Nikt tego tak naprawdę nie rozumie, bo oni żyją w świecie, w którym każdą zarwaną nockę można odespać. My Matki przeniosłyśmy się w zupełnie inną czasoprzestrzeń...

Ps. Dziś mój "urlop" spędziłam na odsypianiu i gotowaniu. W następny koniecznie muszę coś ze sobą zrobić! A co do Synka, to mam kolejny plan...