Przypomniało mi się, jak będąc studentką, lat 22, wracałam do domu autobusem ze szkolną koleżanką. Drogi większości licealnych znajomych rozeszły się w różnym kierunku. Niektórzy poszli na studia, inni do pracy, a kolejni założyli rodziny. Koleżanka należała do tej trzeciej grupy. Zaraz po maturze wyszła za mąż i urodziła dziecko. Z wypiekami na policzkach opowiadała mi o swojej córeczce, o ząbkowaniu, o tym że kupy nie było od trzech dni, o pieluszkach... Jak można się domyślić niespecjalnie mnie to wszystko interesowało, dlatego zmieniłam temat:
- a co u Danusi? (naszej wspólnej znajomej)
- wiesz, właśnie urodziła chłopca. Ale jak ona sobie genialnie radzi! Sama jest, a i zakupy zrobione, dom wysprzątany, mały czyściutki pachnący... Ja tak nie potrafię...
Pffii... pomyślałam wtedy. Co to za filozofia poprowadzić dom i zajmować się dzieckiem? No żadna przecież. Nie rozumiałam przekazu wtedy. Ale co ja miałam za problemy? Dwa razu w roku sesja (fakt bywało stresująco), dobre notatki z zajęć, no i odwieczny problem, w co się ubrać na randkę z chłopakiem (obecnym mężem de facto). Nic a nic nie rozumiałam.
Wczoraj widziałam się ze znajomą, matką dwójki dzieci. Na pożegnanie powiedziała mi, że podziwia, jak sobie radzę...
I dopiero wtedy do mnie dotarło. Musiałam czekać dziesięć lat by zrozumieć. Bo macierzyństwo to nie zajęcie hobbystyczne, a prowadzenie domu, to nie wakacje w spa.
Muszę przyznać, ze żadna dotychczasowa praca nie wymagała ode mnie tyle poświęcenia, cierpliwości, zorganizowania, logicznego myślenia, wysiłku fizycznego jak opieka nad moim Synkiem. Z drugiej strony, żadna dotychczasowa praca nie dawała mi tyle spełnienia i szczęścia...
"Radzisz sobie", to jeden z najważniejszych komplementów w moim życiu.
czwartek, 10 stycznia 2013
wtorek, 8 stycznia 2013
Garderobiany
Jako mała dziewczynka marzyłam o tym, by być królewną, otaczać się dwórkami, które będą zakładały mi sukienki, wstążki, buty... Miałam chyba pięć lat wtedy.
Teraz jako kobieta, marzę o wielkiej garderobie wypełnionej po brzegi ubraniami, butami, biżuterią... No i o garderobianej, czy raczej osobistej stylistce, która będzie dbała o wygląd moich ubrań, będzie je kompletować, układać, tworzyć odpowiednie zestawy.
Na razie robię to sama. Szafę mam niewielką, a ubrań wciąż przybywa.Co miesiąc więc robię porządki. Układam od nowa, dopasowuję, niektóre rzeczy odkładam "bo się przydadzą"...
Jakże się więc cieszę, że i mój Syn załapał bakcyla szafiarskiego. Oj tak, pomaga mi dzielnie, zwłaszcza gdy sama już porządki zakończę. Wtedy on wkracza... lustruje szafę swoim profesjonalnym spojrzeniem, i z reguły postanawia wszystko przeorganizować. Wszak na modzie się zna jak nikt!
Mam najlepszego garderobiana na świecie!
Teraz jako kobieta, marzę o wielkiej garderobie wypełnionej po brzegi ubraniami, butami, biżuterią... No i o garderobianej, czy raczej osobistej stylistce, która będzie dbała o wygląd moich ubrań, będzie je kompletować, układać, tworzyć odpowiednie zestawy.
Na razie robię to sama. Szafę mam niewielką, a ubrań wciąż przybywa.Co miesiąc więc robię porządki. Układam od nowa, dopasowuję, niektóre rzeczy odkładam "bo się przydadzą"...
Jakże się więc cieszę, że i mój Syn załapał bakcyla szafiarskiego. Oj tak, pomaga mi dzielnie, zwłaszcza gdy sama już porządki zakończę. Wtedy on wkracza... lustruje szafę swoim profesjonalnym spojrzeniem, i z reguły postanawia wszystko przeorganizować. Wszak na modzie się zna jak nikt!
Mam najlepszego garderobiana na świecie!
poniedziałek, 7 stycznia 2013
I tak oto minął kolejny miesiąc...
Nie mogę uwierzyć w to, że już za cztery miesiące mój Synek skończy 2 latka. Mijają kolejne dni, miesiące, a on dorasta. Nie jest już małym dzidzią. Jest chłopcem. Jeszcze troszkę i będzie przedszkolakiem... pierwszoklasistą... nastolatkiem... studentem (?)... mężczyzną... może ojcem...
Niby przyszłość tak bardzo odległa, ale czas tak pędzi, że ani się obejrzę jak mój Mały wyfrunie z gniazdka.
Na razie jednak uczy się samodzielności. Wszystko chce robić sam i nabiera w tyn coraz większej precyzji. Potrafi założyć buty (nie wszystkie), spodnie, czapkę, bluzę (nie każdą).
Ale najchętniej to się rozbiera. Nie wiem po kim ta gorąca krew, ale mój Synek nie toleruje ubrania w domu. A najmniej piżam i pieluch. Gdy tylko ma okazję to rozbiera się do naga i hasa po domu. Oczywiście z reguły wtedy, gdy moje czujne oko nie patrzy... a gdy chcę go ubrać, to wpada w złość i ucieka.
Zresztą Mały często się złości. Gdy mu coś nie wychodzi, lub chce czegoś akurat w tej właśnie chwili, potrafi piszczeć i tupać ze złości. Na szczęście te napady są krótkotrwałe i przeważnie mijają, gdy skieruję jego uwagę na coś zupełnie innego. Odwracanie uwagi działa skutecznie i trwale. Mały często szybko zapomina o co się awanturował przed paroma minutami.
Za to coraz więcej czasu spędza na samodzielnej zabawie. Właśnie odkrywa uroki układania klocków, zabawy samochodzikami, układania książeczek i zabawek na komodach... Wczoraj nawet pobiliśmy rekord. Synek bawił się samochodzikami przez całą godzinę (!) nie zwracając na nas najmniejszej uwagi.
Zmienił mu się gust telewizyjno-bajkowy. Jak dotąd królem bajek był Elmo, a teraz jest Ciekawski George. Potrafi obejrzeć 3-4 odcinki pod rząd, a potem się nudzi i wraca do zabawy. Inne bajki na razie go nie wciągają, no może czasem Traktor Tom. Ale to dobrze. Na siłę nie puszczam.
Lubi też programy kulinarne. Magda Gessler to jego kolejna idolka. Z ogromną przyjemnością patrzy jak miesza w garach. Zresztą i ze mną spędza czas w kuchni. Potrafi już wykonać proste czynności jak np. przysypanie schabowego bułką tartą, wrzucanie pokrojonych przeze mnie warzyw do gara. Potrafi wsypać sobie mleczko do butelki. W miarę precyzyjnie przelewać wodę z kubka do kubka...
Ostatnio nauczył się też skakać. Zeskakuje z kanapy, z krzesła. Skacze na dwóch nogach jak żabka. Potrafi skoczyć też przed siebie.
Niestety nie jest zbyt rozmowny. Mam wrażenie, że jeszcze kilka miesięcy temu mówił, może nie więcej, ale chętniej. Teraz woli po coś podbiec, lub wskazać palcem, niż powiedzieć. Choć sporo mu się wyrywa, to są to odosobnione przypadki.
Jednego dnia mówi AUUUTO (auto) drugiego już nie chce.
Czasem powie BABŁOO (spadło).
Zdarza sie i PIII (pies) oraz PETI (ptak)
Kiedyś nawet wskazał na gołębia i powiedział BEBOP
Za to NIE (nie) oraz NIE MA (nie ma) mówi często i wyraźnie. TATA (tata) i TADAM (to jestem ja), czasem MAMA (w chwilach rozpaczy) też mu się zdarza.
EEELMO (Elmo), TOOOM (Traktor Tom), usłyszałam przypadkiem podczas oglądania przez Małego bajek.
TU (tu) nauczył się niedawno i wykorzystuje często.
Ale rozumie wszystko. Nawet, według mnie, skomplikowane polecenia typu: "Kochanie komputer jest w szafie, a kabelek w pokoju, jak chcesz bajeczkę to przynieś"... i przynosi bezbłędnie.
Tak szybko się zmienia... Ciekawe ile ma już wzrostu, dawno go nie mierzyłam... Ubranka nosi 96-98 góra, 94 spodnie...
Muszę mu sprawić taką miarkę wzrostu do zaznaczania, bo inaczej zmierzyć się nie chce :)))
Niby przyszłość tak bardzo odległa, ale czas tak pędzi, że ani się obejrzę jak mój Mały wyfrunie z gniazdka.
Na razie jednak uczy się samodzielności. Wszystko chce robić sam i nabiera w tyn coraz większej precyzji. Potrafi założyć buty (nie wszystkie), spodnie, czapkę, bluzę (nie każdą).
Ale najchętniej to się rozbiera. Nie wiem po kim ta gorąca krew, ale mój Synek nie toleruje ubrania w domu. A najmniej piżam i pieluch. Gdy tylko ma okazję to rozbiera się do naga i hasa po domu. Oczywiście z reguły wtedy, gdy moje czujne oko nie patrzy... a gdy chcę go ubrać, to wpada w złość i ucieka.
Zresztą Mały często się złości. Gdy mu coś nie wychodzi, lub chce czegoś akurat w tej właśnie chwili, potrafi piszczeć i tupać ze złości. Na szczęście te napady są krótkotrwałe i przeważnie mijają, gdy skieruję jego uwagę na coś zupełnie innego. Odwracanie uwagi działa skutecznie i trwale. Mały często szybko zapomina o co się awanturował przed paroma minutami.
Za to coraz więcej czasu spędza na samodzielnej zabawie. Właśnie odkrywa uroki układania klocków, zabawy samochodzikami, układania książeczek i zabawek na komodach... Wczoraj nawet pobiliśmy rekord. Synek bawił się samochodzikami przez całą godzinę (!) nie zwracając na nas najmniejszej uwagi.
Zmienił mu się gust telewizyjno-bajkowy. Jak dotąd królem bajek był Elmo, a teraz jest Ciekawski George. Potrafi obejrzeć 3-4 odcinki pod rząd, a potem się nudzi i wraca do zabawy. Inne bajki na razie go nie wciągają, no może czasem Traktor Tom. Ale to dobrze. Na siłę nie puszczam.
Lubi też programy kulinarne. Magda Gessler to jego kolejna idolka. Z ogromną przyjemnością patrzy jak miesza w garach. Zresztą i ze mną spędza czas w kuchni. Potrafi już wykonać proste czynności jak np. przysypanie schabowego bułką tartą, wrzucanie pokrojonych przeze mnie warzyw do gara. Potrafi wsypać sobie mleczko do butelki. W miarę precyzyjnie przelewać wodę z kubka do kubka...
Ostatnio nauczył się też skakać. Zeskakuje z kanapy, z krzesła. Skacze na dwóch nogach jak żabka. Potrafi skoczyć też przed siebie.
Niestety nie jest zbyt rozmowny. Mam wrażenie, że jeszcze kilka miesięcy temu mówił, może nie więcej, ale chętniej. Teraz woli po coś podbiec, lub wskazać palcem, niż powiedzieć. Choć sporo mu się wyrywa, to są to odosobnione przypadki.
Jednego dnia mówi AUUUTO (auto) drugiego już nie chce.
Czasem powie BABŁOO (spadło).
Zdarza sie i PIII (pies) oraz PETI (ptak)
Kiedyś nawet wskazał na gołębia i powiedział BEBOP
Za to NIE (nie) oraz NIE MA (nie ma) mówi często i wyraźnie. TATA (tata) i TADAM (to jestem ja), czasem MAMA (w chwilach rozpaczy) też mu się zdarza.
EEELMO (Elmo), TOOOM (Traktor Tom), usłyszałam przypadkiem podczas oglądania przez Małego bajek.
TU (tu) nauczył się niedawno i wykorzystuje często.
Ale rozumie wszystko. Nawet, według mnie, skomplikowane polecenia typu: "Kochanie komputer jest w szafie, a kabelek w pokoju, jak chcesz bajeczkę to przynieś"... i przynosi bezbłędnie.
Tak szybko się zmienia... Ciekawe ile ma już wzrostu, dawno go nie mierzyłam... Ubranka nosi 96-98 góra, 94 spodnie...
Muszę mu sprawić taką miarkę wzrostu do zaznaczania, bo inaczej zmierzyć się nie chce :)))
niedziela, 6 stycznia 2013
Na Zdrowie: energia w nowym roku
Mam silne postanowienie noworoczne... nie odpuszczać treningów. W końcówce roku zwolniłam nieco. Zrezygnowałam z długich treningów na rzecz kilkunastominutowej gimnastyki. Czasem wygospodarowałam czas na jogę.
To prawda, pochłonęły mnie inne zajęcia. Czasem trzeba iść w życiu na kompromis, jednak nie powiem, żebym się z tym dobrze czuła. Wiecie czego nie lubię najbardziej na świecie? Lenistwa!
Nie lubię zalegać na kanapie przed telewizorem.
Nie lubię marnować czasu na bzdety.
Mam w głowie tyle pomysłów, których nie udaje mi się zrealizować z powodu braku czasu, więc każda zmarnowana minuta wywołuje u mnie ogromne wyrzuty sumienia, a to nie wpływa najlepiej na moje samopoczucie.
Czasem robię sobie przerwę. Czasem chcę po prostu odpocząć.
Jednak w tym roku nie będę odpuszczać treningów jeśli nie będę miała ku temu ważnego powodu. I tak na Nowy Rok zafundowałam sobie ekstremalnie wyczerpujące treningi Ewy Chodakowskiej. Codziennie 40-50 min. silnego wysiłku, potu i zadyszki... Codziennie inny trening...
Czuję się znakomicie. Energii i dobrego samopoczucia mam aż nadto. Planów w brud. Czas je realizować :)))
To prawda, pochłonęły mnie inne zajęcia. Czasem trzeba iść w życiu na kompromis, jednak nie powiem, żebym się z tym dobrze czuła. Wiecie czego nie lubię najbardziej na świecie? Lenistwa!
Nie lubię zalegać na kanapie przed telewizorem.
Nie lubię marnować czasu na bzdety.
Mam w głowie tyle pomysłów, których nie udaje mi się zrealizować z powodu braku czasu, więc każda zmarnowana minuta wywołuje u mnie ogromne wyrzuty sumienia, a to nie wpływa najlepiej na moje samopoczucie.
Czasem robię sobie przerwę. Czasem chcę po prostu odpocząć.
Jednak w tym roku nie będę odpuszczać treningów jeśli nie będę miała ku temu ważnego powodu. I tak na Nowy Rok zafundowałam sobie ekstremalnie wyczerpujące treningi Ewy Chodakowskiej. Codziennie 40-50 min. silnego wysiłku, potu i zadyszki... Codziennie inny trening...
A dla Was kilka krótkich filmików, może zechcecie się przyłączyć...
Czuję się znakomicie. Energii i dobrego samopoczucia mam aż nadto. Planów w brud. Czas je realizować :)))
piątek, 4 stycznia 2013
Po Kolędzie
Wczoraj mieliśmy Kolędę. Zawsze wpuszczam księdza, bardziej z powodu tradycji niż prawdziwej potrzeby. W zasadzie sama obecność księdza w moim domu jest mi obojętna, to raczej element bożonarodzeniowego rytuału. Zawsze miałam wrażenie, że te wizyty są tylko takim eleganckim "zbieraniem na tacę".
Gdy się wprowadziłam do mojego mieszkania i przyjęłam pierwszą Kolędę to się mile zaskoczyłam. Młody ksiądz (w naszym wieku), odmówił przyjęcia koperty. Powiedział, ze jak chcemy to możemy w kościele do koszyczka wrzucić, a on nie po pieniążki przyszedł... Pomyślałam, że w Kościele następują zmiany i ucieszyłam się na tę myśl.
Niestety na drugi rok, inny ksiądz, inna Kolęda. Widziałam, jak się rozgląda i jak przedłuża pożegnanie, ale my koperty nie przygotowaliśmy. Zrozumieliśmy, że nie trzeba. Ksiądz odwiedza swoich parafian chyba po to, by ich poznać... poznać ich opinie, nastroje, problemy, radości... Nie tylko o kopertę tu chodzi, przecież.
W tym roku również koperty nie było. Cała wizyta księdza trwała 2 minuty raptem. Ksiądz usiadł, zajrzał w swoją kartotekę. Zapytał co u mnie słychać i gdzie jest mąż (niestety nie zdążył dojechać). Małemu dał obrazek i wyszedł...
Nawet nie zdążyłam odpowiedzieć w pełni na to jedno postawione pytanie, a księdza już nie było...
Jaki sens więc mają takie wizyty? Dla mnie żadnego. Czułam się rozczarowana (pewnie tak samo jak ksiądz, który koperty nie dostał hahaha). W przyszłym roku zastanowię się czy wpuszczę księdza do swojego mieszkania.
Tylko Mały wyniósł z tego spotkania nową lekcję. Po tym jak otrzymał obrazek, bardzo się ucieszył, lecz uczony przeze mnie, że od "obcych" ma nic nie zabierać, a każdą cudzą rzecz może jedynie pooglądać i musi oddać... leciał za księdzem z tym obrazkiem, by mu go zwrócić.
Ach nawet nie wiecie z jaką żałosną miną na mnie spojrzał, gdy się okazało, że ksiądz wcale nie chce obrazka z powrotem... A to co się musiałam natłumaczyć dlaczego może ten obrazek zatrzymać, to moje...
Gdy się wprowadziłam do mojego mieszkania i przyjęłam pierwszą Kolędę to się mile zaskoczyłam. Młody ksiądz (w naszym wieku), odmówił przyjęcia koperty. Powiedział, ze jak chcemy to możemy w kościele do koszyczka wrzucić, a on nie po pieniążki przyszedł... Pomyślałam, że w Kościele następują zmiany i ucieszyłam się na tę myśl.
Niestety na drugi rok, inny ksiądz, inna Kolęda. Widziałam, jak się rozgląda i jak przedłuża pożegnanie, ale my koperty nie przygotowaliśmy. Zrozumieliśmy, że nie trzeba. Ksiądz odwiedza swoich parafian chyba po to, by ich poznać... poznać ich opinie, nastroje, problemy, radości... Nie tylko o kopertę tu chodzi, przecież.
W tym roku również koperty nie było. Cała wizyta księdza trwała 2 minuty raptem. Ksiądz usiadł, zajrzał w swoją kartotekę. Zapytał co u mnie słychać i gdzie jest mąż (niestety nie zdążył dojechać). Małemu dał obrazek i wyszedł...
Nawet nie zdążyłam odpowiedzieć w pełni na to jedno postawione pytanie, a księdza już nie było...
Jaki sens więc mają takie wizyty? Dla mnie żadnego. Czułam się rozczarowana (pewnie tak samo jak ksiądz, który koperty nie dostał hahaha). W przyszłym roku zastanowię się czy wpuszczę księdza do swojego mieszkania.
Tylko Mały wyniósł z tego spotkania nową lekcję. Po tym jak otrzymał obrazek, bardzo się ucieszył, lecz uczony przeze mnie, że od "obcych" ma nic nie zabierać, a każdą cudzą rzecz może jedynie pooglądać i musi oddać... leciał za księdzem z tym obrazkiem, by mu go zwrócić.
Ach nawet nie wiecie z jaką żałosną miną na mnie spojrzał, gdy się okazało, że ksiądz wcale nie chce obrazka z powrotem... A to co się musiałam natłumaczyć dlaczego może ten obrazek zatrzymać, to moje...
czwartek, 3 stycznia 2013
W trójkącie raźniej
Mr.Tata wrócił już do swoich zawodowych obowiązków, co sprawiło, że zdążyłam zapomnieć o świętach. Trochę za szybko wróciliśmy do szarej codzienności. Przydałby się jeszcze co najmniej tydzień, by się sobą nacieszyć w pełni.
Aż trudno uwierzyć, że zaledwie przedwczoraj inaugurowaliśmy Nowy Rok porannym spacerem...
Tak rzadko wychodzimy wszyscy razem, że każda chwila w naszym rodzinnym trójkącie jest dla mnie bardzo cenna... i chcę by trwała jak najdłużej.
Byle do niedzieli...
Aż trudno uwierzyć, że zaledwie przedwczoraj inaugurowaliśmy Nowy Rok porannym spacerem...
Byle do niedzieli...
wtorek, 1 stycznia 2013
Siedem życzeń... na wymianę
Jak co roku sporządziłam listę marzeń, planów na 2013. Znalazły się na niej rzeczy, które chcę mieć, a raczej będę mieć w tym, nowym roku. Nie wiem, jeszcze jak, dlatego wysyłam bumerang energii i myśli w Kosmos i mam nadzieję, że wróci w zmaterializowanej już formie :)
1. nowa maszyna do szycia, by móc się realizować
2. komputer / laptop, bo uruchomienie starego to jakieś nieporozumienie
3. aparat fotograficzny, bo zdjęcia pstrykam starociem strasznym po tym, jak Synek moją "zabawkę" roztrzaskał
4. "dizajnerski" fotel, bo w moim ascetycznym mieszkaniu brakuje kropki nad "i"
5. nowy telefon, bo z aktualnym stało się to samo co z aparatem, tylko ten o dziwo jeszcze działa
6. organizer na nici, niby banał, a ja wciąż walczę ze supłami...
7. steper... bo sprzedałam mój rowerek treningowy i czasem brakuje mi chwil "bezmyślnego ruchu przed telewizorem"
Tak...
A jeśli jakaś Dobra Dusza ma w noworocznym postanowieniu zrobienie komuś dobrego uczynku... to jestem chętna :)
Początek nowego roku to dla mnie czas porządków. Stąd też te listy i plany. Ale układam sobie nie tylko najbliższe 12 miesięcy, ale i przestrzeń w której żyję. Czas pozbyć się starych rzeczy, by zrobić miejsce na nowe. Tylko, że czasem żal coś wyrzucić... dlatego wpadłam na pomysły, by się wymieniać.
Założyłam nową stronę na moim blogu WYMIENIĘ SIĘ i będę tam wrzucać fotki rzeczy, które mam ochotę zamienić na coś nowego. Zaglądajcie więc, a może i Wy znajdziecie w swojej szafie, lub mieszkaniu rzeczy, które chętnie komuś oddacie. Czekam na ewentualne propozycje pod mailem:
hpmblog@gmail.com
A jeśli nie macie nic na wymianę, a coś bardzo Wam się spodoba, to też czekam na propozycję :)
Stronkę będę aktualizowała na bieżąco.
1. nowa maszyna do szycia, by móc się realizować
2. komputer / laptop, bo uruchomienie starego to jakieś nieporozumienie
3. aparat fotograficzny, bo zdjęcia pstrykam starociem strasznym po tym, jak Synek moją "zabawkę" roztrzaskał
4. "dizajnerski" fotel, bo w moim ascetycznym mieszkaniu brakuje kropki nad "i"
5. nowy telefon, bo z aktualnym stało się to samo co z aparatem, tylko ten o dziwo jeszcze działa
6. organizer na nici, niby banał, a ja wciąż walczę ze supłami...
7. steper... bo sprzedałam mój rowerek treningowy i czasem brakuje mi chwil "bezmyślnego ruchu przed telewizorem"
Tak...
A jeśli jakaś Dobra Dusza ma w noworocznym postanowieniu zrobienie komuś dobrego uczynku... to jestem chętna :)
Początek nowego roku to dla mnie czas porządków. Stąd też te listy i plany. Ale układam sobie nie tylko najbliższe 12 miesięcy, ale i przestrzeń w której żyję. Czas pozbyć się starych rzeczy, by zrobić miejsce na nowe. Tylko, że czasem żal coś wyrzucić... dlatego wpadłam na pomysły, by się wymieniać.
Założyłam nową stronę na moim blogu WYMIENIĘ SIĘ i będę tam wrzucać fotki rzeczy, które mam ochotę zamienić na coś nowego. Zaglądajcie więc, a może i Wy znajdziecie w swojej szafie, lub mieszkaniu rzeczy, które chętnie komuś oddacie. Czekam na ewentualne propozycje pod mailem:
hpmblog@gmail.com
A jeśli nie macie nic na wymianę, a coś bardzo Wam się spodoba, to też czekam na propozycję :)
Stronkę będę aktualizowała na bieżąco.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



