piątek, 31 sierpnia 2012

Koniec wakacji...

Już od najmłodszych lat koniec wakacji oznaczał dla mnie koniec lata. Nawet gdy jeszcze wrzesień rozpieszczał nas wysokimi temperaturami, to dla mnie i tak była jesień.

Mam taki rytuał na pożegnanie lata. Porządki w szafie! Ostatni weekend wakacji to dla mnie zmiana garderoby. Letnie rzeczy zaczynam pakować do pudeł, lub układać z tyłu, a odświeżam jesienne. Oczywiście, wszystko mierzę, paraduję przed lustrem. Co się nie nadaje już do noszenia odkładam. Czasem coś przerobię i robię listę, czego brakuje.

W tym roku i Małego nie minęła ta przyjemność. Przygotowujemy się do jesieni, więc i garderobę czas zmienić. I tak przybyły mu:

1. Trzy ciepłe swetry

2. Extra bluza (piszę extra, bo Mały wygląda w niej "jak z żurnala")

3. Dwie ciepłe kurtki, w tym tylko jedna przeciwdeszczowa.

4. Dwie ciepłe czapy z "uszkami" i daszkiem

5. Kalosze

 Wszystko już przygotowane do założenia, choć jeszcze delektujemy się słońcem i ciepłem :)))


środa, 29 sierpnia 2012

Coraz dalej od mamy

Mój Mały Synek staje się coraz bardziej samodzielny. Kiedy on tak podrósł? Kiedy?
Jeszcze niedawno spał wtulony w maminą pierś a teraz?

Teraz to... No właśnie...

Kilka miesięcy temu otwarłam łóżeczko Małego i przystawiłam je do naszego łóżka (pisałam o tym w jednym z postów). Pomysł sprawdził się bardzo. Ja nie zastanawiałam się co wieczór czy lepiej by Synek spał sam czy ze mną. Sam dokonywał wyboru. Usypiałam go w łóżeczku po czym przez wiele, wiele nocy wędrował w objęcia mamy. Aż do teraz.

Teraz wszystko się zmieniło. Mój Malec dorasta. Usypiam go w jego łóżeczku, po czym on śpi całą noc w swoim łóżeczku... nawet jak się budzi i płacze, wystarczy bym była na wyciągnięcie ręki. Klepie mnie po głowie i odwraca się dupką.

Czasem przychodzi do mnie... a raczej na duuuuże łóżko, gdzie mości sobie posłanie "w nogach", bo tam ma najwięcej miejsca. Nie przy mamusi, ale gdzieś na drugim końcu. Jak porządnie zaśnie, to przekładam poduszkę, by mieć go na oku. A raczej być bliżej... bo to się kiedyś skończy...

Teraz tylko czekać, kiedy Mały będzie miał swoje biurko, swoje "duże łóżko", swój pokój z drzwiami zamykanymi i tabliczką wywieszoną "Rodzicom Wstęp Wzbroniony"...


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

try walking in my shoes

Kiedy dziecko uważa, że jest tak samo duże jak rodzic?

?

Wtedy kiedy próbuje chodzić w jego butach.

Mój Malec codziennie, nieprzerwanie ćwiczy chodzenie w butach Mr.Taty.


(całe szczęście, że do moich się nie przymierza ;) ).

niedziela, 26 sierpnia 2012

Na Zdrowie: Z Jogą mi do twarzy

Joga to tak obszerny temat, że będę wprowadzać Was w niego stopniowo.

Już zakładając tego bloga nosiłam się z zamiarem podejmowania na nim tematyki zdrowia i aktywności fizycznej, a zwłaszcza jogi. I tak mój trzeci post dotyczył Jogi Twarzy. Niewiele z Was mnie wtedy czytało, więc dla przypomnienia zamieszczam linka, by teraz wszystko było w jednym miejscu:


Ale od początku. Z jogą zetknęłam się w wieku 15 lat (czyli 17 lat temu). Jeszcze nie było na nią takiego szału, a ja wiedziałam, że to jest to. W naszym MDKu była to nowość, a zajęcia traktowane były jako fanaberia. Ja się zapisałam i zakochałam... Niestety z powodu małego zainteresowania zajęcia zniknęły. Zakupiłam więc książkę by nie tracić kontaktu z ukochaną dyscypliną. I tak przez trzy lata radziłam sobie sama, aż do czasów studenckich.Wtedy Joga zaczynała być modna. Mogłam wybierać w ofertach, a na legitymację studencką miałam takie zniżki, ze aż żal było nie skorzystać. Po studiach znowu przerwa w zajęciach. Posiłkowałam się książkami, DVD i filmikami na YouTube. Trzy, a może cztery lata temu w profesjonalnym fitness clubie pierwszy raz się rozczarowałam. Zajęcia w dużej grupie na małej sali nie miały nic wspólnego z jogą jaką ja znałam. Trenerka chyba niezbyt poważnie podchodziła do zajęć. Wypisałam się. Joga w takim miejscu jest dla snobów, którzy zapisują się, bo tak jest modnie i drogo. Na szczęście w wielu miastach działają profesjonalne szkoły, które uczą jogi od podstaw, wprowadzają w metodologię, pomagają zrozumieć filozofię. I o dziwo są o niebo tańsze niż karnet do fitness.

W Katowicach polecam Akademię Jogi. Profesjonalne zajęcia i warsztaty, a karnet "tylko" 110zł (wstęp nieograniczony). Na razie nie mam możliwości by w zajęciach uczestniczyć, ale może już za rok wracam tam!

Na razie ćwiczę w domu. Sama. Po tylu latach treningu czuję się dobrze ze sobą na macie, w najdziwniejszych asanach. Trochę brak mi takiej elastyczności jak przed ciążą, ale z treningu na trening jest lepiej. Dążę do harmonii.





Co to jest joga?

Na usta samo ciśnie się "taka gimnastyka, która pozwala złagodzić różne dolegliwości i wycisza umysł". Otóż joga to jeden z sześciu ortodoksyjnych indyjskich systemów filozofii!!! Zajmuje się związkami między ciałem a umysłem.

Uznaje prawo karmy (karmana) i koła wcieleń (reinkarnacja, sansara) z których wyzwolenia dokonuje się przez odpowiedni trening ciała, przestrzeganie zasad etycznych, skupienie, medytację i ascezę. (Wikipedia).

Naprawdę do rzadkości należy uprawianie jogi w jej klasycznej postaci w naszym zachodnim świecie.  Ta joga, która jest nam znana, to tylko odmiana: HathaJoga (hatha znaczy siła). Nacisk kładziony jest w mniejszym stopniu na metafizykę, a skupia się na treningu fizycznym. Opiera się na pozycjach ciała, zwanych asanami oraz na kontroli oddechu (pranajama), a także na sześciu procesach oczyszczających.

Co daje praktykowanie HathaJogi?

- pomaga w leczeniu niektórych dolegliwości, takich jak: bóle pleców czy stawów

- wspomaga gospodarkę hormonalną organizmu, co ułatwia np. przejście przez okres przekwitania

- łagodzi skutki depresji

- pomaga przy odchudzaniu (wpływa na procesy metaboliczne)

- wzmacnia siłę mięśni i stawów

- wzmacnia system nerwowy

- wpływa korzystnie na pracę serca (głównie dzięki ćwiczeniom oddechowym)



Ciało i umysł to jedno! By móc kontrolować umysł, należy nauczyć się kontrolować ciało. 



To tylko wstęp. Artykułów na temat jogi będzie o wiele więcej (joga w ciąży, joga hormonalna, joga na bóle kręgosłupa itd.), więc jeśli jesteście ciekawe to zapraszam do mojego cyklu :)))


*zdjęcia pochodzą z zasobów internetowych.

piątek, 24 sierpnia 2012

Jak dobrze mieć sąsiada...

a raczej sąsiadkę...

Nie znam wszystkich sąsiadów w bloku, a ci których znam, to naprawdę mili ludzie. Za wyjątkiem sąsiadki z dołu...

Oj nie lubimy się chyba. Tzn. ja do niej nic nie mam, ale ona najwyraźniej zadowolona nie jest, że nad nią mieszkamy. 

Jak się przeprowadziliśmy to bardzo skarżyła się na muzykę wg niej zbyt głośno puszczaną. Mr.Tata ile może na słuchawkach pracuje i tworzy, ale czasem odsłuchać musi. Wcale nie głośno. Normalnie. I to w środku dnia, a nie wieczorem, czy w środku nocy. Jej to przeszkadza.

Gdy na wiosnę balkon sprzątaliśmy, to kawałek betonu się odłamał i spad w dół. Nie nasza wina, a stanu ogólnego bloku, ale ona awanturę urządziła, że ledwo balkon posprzątała, a my jej brudzimy. Mr.Tata przeprosił i powiedział, że samo spadło. A ona, że na pewno specjalnie ten gruz zrzuciliśmy, i że niepoważnymi studentami jesteśmy. Co mi nawet schlebiło bo my już po trzydziestce...

Jakiś czas temu podjechaliśmy pod blok zaparkować auto. Z Małym byliśmy, a cały bagażnik zawalony zakupami. Ucieszyliśmy się, że miejsce jest, ale obok sąsiadka auto czyściła. Gdy nas zobaczyła, miejsce wiadrem zagrodziła i udawała, że nas nie widzi. Mr.Tata chciał w to wiadro wjechać, ale na szczęście  dwa miejsca dalej samochód wyjeżdżał. Gdy ją mijaliśmy coś burknęłam o życzliwości, a ona udała, że nie słyszy.

Będąc wczoraj na placu zabaw, znajdującym się prawie pod naszymi balkonami obserwowałam, jak sąsiadka odkurzaczem piłeczki wyciąga zza blach. Nasze piłeczki. Nawet nie wiem kiedy Mały je wyrzucił. "Będzie awantura" pomyślałam sobie. Dziś rano znalazłam piłki w reklamówce powieszone na naszej klamce. Nawet nie miała odwagi, albo ochoty by wręczyć nam je osobiście... 

A to nie koniec przecież. Mały rośnie i łobuzuje jak to dziecko. Ciekawa jestem, kiedy zacznie się na to skarżyć...

sąsiadka...


środa, 22 sierpnia 2012

Era Nocnika

I nadszedł ten dzień, który myślałam, że nie nadejdzie nigdy... Mój Syn siedzi na nocniku!

Wprawdzie nocnik mamy już od dawna, ale dopiero teraz jest odpowiedni czas na to by zacząć go używać do właściwych celów. Jest lato więc Mały może hasać na golasa do woli, co znacznie sprawę ułatwia. A co najważniejsze rozumie do czego ten mebelek służy. Nie zawsze trafi, nie zawsze zdąży, ale nocnik nie jest już wrogiem nr jeden w naszym domu.

Codziennie, gdy po południu przychodzimy z placu zabaw, Synek zostaje opłukany z piachu i puszczony na golasa. Nocnik stawiam na środku pokoju i mówię:

- Kochanie Ty wiesz, gdzie siku masz zrobić?
Mały podchodzi do nocnika i siada. 

I tak kilka razy przypominam, by się utrwaliło. 

I Mały co chwilę siada i wstaje. Bo jeszcze nie wie kiedy sikać będzie. 

A czasem jak nie zdąży i na panele się zleje, to nocnik podstawia i rączką próbuje te siuśki do środka włożyć. Bo przecież siku musi być w nocniku.

Wczoraj w trakcie sikania zorientował się, że nocnika nie ma i w te pędy leci, by go choć na chwilę, na stojąco go przystawić...

Nowa zabawa w sikanie jest u nas na TOPie, a raczej Topku ;)

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wisła na bis :)

I znowu zawitaliśmy w Wiśle :) Niedzielny poranek przywitał nas taką duchotą, że oboje z mężem w oczach mieliśmy pytanie "I co robimy". Zażartowałam:

- chyba czas na Wisłę

a on na to:

- to się pakuj. Jedziemy. Co będziemy się smażyć na blokowisku.

I pojechaliśmy. Jak zwykle pakowanie zajęło nam 10min. I w drogę.

Cudnie było. Nie wiem dlaczego, ale lubię wracać do Wisły. Niby nic takiego, ale tam odpoczywam i ładuję się pozytywną energią. Dobrze, ze to tylko godzinka drogi.

To był dzień Syna i Taty. Głownie to oni rządzili. Mogli w końcu spokojnie mecz rozegrać, bez obaw, że komuś innemu zabawę popsują (jak to zwykle bywa na placu zabaw):


Synek w trakcie zaliczył pierwszy raz poparzenie pokrzywą. Bąble miał od kostki po samo udo i nawet się nie zająknął. Dwa razy podrapał i to wszystko. Zuch chłopak :)


Gdy się zmęczył, posadziliśmy go w wózku i sami rozegraliśmy mecz... siatkówki tym razem. Mały za każdym odbiciem zanosił się śmiechem. Co powodowało salwy śmiechu i u nas. No i mama pokrzywy zaliczyła. Koniec meczu.

Wróciliśmy zmęczeni ale szczęśliwy. Synek wyspał się w samochodzie i w domu usnąć nie chciał... ale warto było. Może jeszcze pojedziemy. Jak wrzesień będzie ładny, to chętnie się wybiorę :)

A dziś smażymy się na placu zabaw... Mały zaliczył limo pod okiem, zdarte kolano i łokieć...