poniedziałek, 13 lutego 2012

Osiemdziesiątka... cóż za piękny wiek!

Pod warunkiem, że mając lat osiemdziesiąt cieszymy się dobrym zdrowiem. A takim żelaznym zdrowiem cieszy się moja babcia, która właśnie obchodziła urodziny. Zuch kobieta! Mam nadzieję, że na stare lata będę "trzymała się" tak jak ona. 

Impreza urodzinowa była obchodzona bardzo hucznie, w restauracji. Był strzelający szampan, był DJ, zapodający muzykę z "przytupem", był ogromny tort, trunki wyskokowe oczywiście też, jedzenia tyle, że stoły się uginały, gości prawie czterdziestu, czyli jak na małym weselu... a w tym wszystkim moja babuleńka kochana obtańcowana przez wszystkim mężczyzn z rodziny, dzielnie prowadząca taneczny pociąg po schodach (!), z łezkami wzruszenia przy każdym Sto Lat... bo pewnie dożyje tej setki, tak pięknie się trzyma.

A w tym wszystkim mój mały Synek, przez większość rodziny pierwszy raz widziany. Wyściskany, wynoszony trzymał się niemal tak dzielnie jak babcia.

Trochę obawiałam się tej imprezy, bo to nasze pierwsze wspólne wyjście było. I ludzi tyle i muzyka głośna, ale jak to zwykle bywa "strach ma wielkie oczy".

Synek "porwany" przez mamę moją na dobrą godzinę a nawet dłużej, nawet się za mną nie odwrócił. Dzielnie wędrował z rąk ro rąk, nawet śmiem twierdzić, że takie zainteresowanie w pełni go zadowalało. My z Mr.Tatą wykorzystaliśmy ten relaksujący moment bez dziecięcia na rękach i "poszliśmy w tango". Kiedy ja ostatnio tańczyłam? Nie pamiętam... ale było cudnie.

No i zaskoczyło mnie jak Syneczek do dzieci lgnie. W sumie były tylko dwie trzyletnie dziewczynki, ale ganiał za nimi i piszczał, za włosy targał i gryzące buziaki rozdawał. Mr.Tata skomentował: "jak on się tak będzie zaprzyjaźniał to kolegów mieć nie będzie. Nic tylko mu scyzoryk dać, to skalpy do domu będzie znosił" :))) A ja myślę sobie, że i koleżanek nie... bo Mały odkrył, że są inne zabawki niż samochodziki - LALKI. Namiętnie szarpał im włosy i wykręcał rączki i nie było mocnych by mu taką lalę odebrać... 

I widząc jak dzielnie radzi sobie mój Synek z tłumem, myślę sobie, że albo politykiem albo celebrytą zostanie... Co gorsze? Nie wiem.
 

sobota, 11 lutego 2012

Bąbelkowe szaleństwo i prezenciki dla was :)))

Wczoraj przyszła do mnie paczka z kosmetykami Sanoflore: Naturalnie Otulającym Kremem Nawilżającym BIO oraz Bąbelkowym Żelem do Kąpieli (ładne nazwy co?):

Chętnie zgodziłam się na testowanie tych produktów. Zerknęłam na stronkę internetową i pomyślałam, że warto. Sanoflore bebe bio to produkty hipoalergiczne zawierające ekstrakt z czarnej porzeczki. W dołączonej do paczki ulotce urzekła mnie "Karta zobowiązań Sanoflore". Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty:

1. Bezpieczeństwo (bez parabenów, bez OGM, bez PEGC, bez siarczanu, bez sztucznych zapachów, bez barwników, bez olei mineralnych)
2. Tolerancja pod ścisłą kontrolą (minimum 9 miesięcy analiz)
3. Identyfikowalność (od zasadzenia ziarenka, po gotowy produkt w opakowaniu)
4. Tylko to co najważniejsze (minimalistyczne formuły).

Tyle w teorii, a w praktyce zobaczymy :))) Od dzisiaj zacznę testowanie i mam nadzieję, ze Synkowi spodoba się ten tajemniczy "Bąbelkowy żel do kąpieli" bo akurat kąpiele u nas mogłyby trwać w nieskończoność...

Jeśli i Wy, moje drogie czytelniczki macie ochotę na taki żel bąbelkowy dla swojego maluszka, nic prostszego. Wystarczy:

1. w komentarzu pod postem wyrazić chęć posiadania :)
2. obserwować mojego bloga
3. jeśli nie prowadzisz bloga zostaw w komentarzu swój e-mail, w celach kontaktowych :)))

Na zgłoszenia czekam dokładnie tydzień (do soboty 18 lutego). Dwie szczęśliwe osoby ogłoszę w przyszłą niedzielę czyli 19 lutego.

PS. jutro idziemy na mega dużą imprezę - 80-te urodziny mojej babci. W poniedziałek relacja.

czwartek, 9 lutego 2012

Dziewięć miesięcy z przytupem!

Wczoraj Synek mój dziewięć miesięcy skończył. A ja się pytam kiedy to zleciało? I ciężko mi zrozumieć jak względne jest pojęcie czasu. Jeszcze w ciąży będąc te dziewięć miesięcy ciągnęło się w nieskończoność. Mr.Tata śmiał się nawet "Ty chyba nigdy nie urodzisz, zawsze w tej ciąży chodzić będziesz...". I dokładnie tak się czułam.

Teraz nie wiem jak to zleciało, przecież dopiero ze szpitala wróciliśmy, na rękach zawiniątko trzymaliśmy, a jak główkę Syneczek pierwszy raz podniósł to cieszyliśmy się jak szaleni. I patrzę, i uwierzyć nie mogę, że to maleństwo już chodzi, już je prawie samo (PRAWIE), już mówić mu się chce, ale jeszcze nie wychodzi. I na rękach nosić się nie chce, i wszystko sam chce robić, i już taki duży... Jak to w ogóle jest możliwe, że w becie się nie mieści? No jak?

Ale tak naprawdę to strasznie dumna jestem. Synek rozwija się wspaniale. Codziennie obserwuję, jak uczy się czegoś nowego. Jak doskonali swoje dotychczasowe umiejętności. Jak czujnym i mądrym dzieckiem się staje. Ostatnie jego osiągnięcia to już w ogóle piórek mi dostarczają :

- wstaje bez podtrzymywania. Mimo, iż chodzi już bardzo sprawnie, by wstać musiał się mebli podtrzymywać. Teraz wstaje sam i kuca nawet. 
- przez próg przechodzi, Mamy w łazience dość wysoki próg i nogę trzeba dźwignąć. Właśnie się tego nauczył :)))
- tupie nóżkami... (to po mamusi ma)
- rozpoznaje przedmioty np. na słowo lampa patrzy do góry, 
- wykonuje proste polecenia: chodź do mamy, podaj mamie misia (lub inną rzecz, którą aktualnie dzierży w dłoni), nie wolno (zatrzymuje się i patrzy na mnie),
- gryzie, mnie głównie w kolano, łydki, palce... jak chce czegoś czego mu nie pozwalam np napić się kawy
- gaworzy trochę. Po jego rozgadaniu się na bla bla, nastąpił krótki okres milczenia by powrócić z aba aba aba :)))
- pięknie zjada wszystko co mu podam. Mimo trudnych początków teraz jest super dobrze. Nie grymasi. W ogóle nie mam problemów z posiłkami.
- no i cyca ciągnie jak ogłupiały. Na zdrowie!
Wciąż mnie zadziwia to Małe Istnienie. Czy to kiedyś mija? Czy za dziesięć lat też będę klaskać gdy zje sam kromkę chleba i wołać "brawo! brawo!"?

wtorek, 7 lutego 2012

Dzieci niekochane umierają...

...przeczytałam właśnie kilka artykułów dotyczących eksperymentu Fryderyka II na dzieciach. Oddzielił on grupę dzieci od swoich biologicznych matek i zastąpił je mamkami, które oprócz opieki pielęgnacyjnej, nie wykazywały żadnych odruchów społecznych wobec tych dzieci (nie mówiły do nich, nie wchodziły w relacje). Co się okazało? 

Większość tych dzieci nie dożyła swoich drugich urodzin!!!

Szok!

Chcecie poczytać więcej? Zapraszam:
Magia przytulania
Trzecie dno

niedziela, 5 lutego 2012

Gdzie jest świnia?

Miała mama razu pewnego świnię piankową co to odstresować potrafi. Taką oto:
Świnia ta stała się również doskonałym obiektem tortur Synka maminego. Idealna do gryzienia (co widać), rzucania, topienia, do buzi rodzicom wkładania, pod krzesłem i łóżeczkiem szukania... Niestety razu pewnego świnia zniknęła. I nikt nie wiedział gdzie. Tylko mama tęskniąc nieco za tą małą pierdołą pytała wszystkich domowników "Gdzie jest świnia?"

Tego ranka mama niczego się nie spodziewając otworzyła lodówkę, przez szklane półki dojrzała ten róż jakże gustowny, ale do głowy jej wtedy nie przyszło, że... to świnia tam leży. Zerknęła by upewnić się jeszcze. Tak oto ona. Jest. Znalazła się. Tylko co ona w tej lodówce robiła?

Czyżby niedospana mama włożyła ją do środka zamiast jogurtu?
Czy może zmęczony tata sprzątał zabawki gdzie popadnie?
A może Synek otwarł sobie lodówkę, pogrzebał w niej i na dowód "byłem" fanta zostawił?

Zaraz, zaraz... Synek? Ten mały Syneczek jeden lodówkę otworzył? Niemożliwe. Prędzej umysł maminy niedoskonały uwierzy, że świnia sama sie do lodówki teleportowała... ale trzeba sprawdzić. Postawiła więc matka Synka swego przy drzwiach tego sprzętu domowego i czeka. A Synek nic. Patrzy na mamę jak na... szkoda gadać. Potem walić łapką zaczyna. A mama myśli, że to może ze świnią działa i wręcza mu tę "magiczną pałeczkę". No to się Synek ucieszył jak tę różową kulkę zobaczył. Chwycił i uciekł (dosłownie).

Pięć minut później odgryzł świni ogon, a ta natychmiast w koszu wylądowała.

I tak nikt już się nigdy nie dowie, kto świnię do lodówki wsadził?






piątek, 3 lutego 2012

Mlekoholik

Odkryłam, że mam w domu dziecię od mleka mego uzależnione.Nie ma mocnych. Jęczy, szarpie, a gdy jestem zbyt oporna na jego "prośby" gryzie! Mam wrażenie, że jest w stanie zrobić wszystko by osiągnąć cel.

Pocieszam się tylko w duchu, że do takiego stanu Synka kochanego doprowadzają zęby!  Po kilku dniach ciągłego stękania, wchodzenia na kolana by trochę za bluzkę poszarpać oraz spania z cycem w buzi, znalazłam przyczynę. Właśnie wyrżnęła się druga dolna dwójka. Tak więc całkowita ilość zębów wynosi osiem (!).

I już wiem dlaczego mleczne zęby to mleczne zęby! Bo jakże inaczej je nazwać jak co rusz są mlekiem zalewane. Ledwo wyjdą toną. Nawet jak nie wyjdą jeszcze to na mleko są skazane.

Poległam z innymi wynalazkami: gryzakami, maściami i innymi "paściami". U nas tylko mleczko daje radę.

Ale zastanawiam się czy Synka na odwyk nie skazać czy jego nałóg w normie się mieści...

środa, 1 lutego 2012

Zdrowa dieta... tym razem rodziców

Zawsze byłam zwolenniczką zdrowego jedzenia. Przynajmniej kiedyś wydawało mi się, że jem zdrowo, że zdrowo żyję, jestem aktywna fizycznie, i w ogóle, że wszystko jest OK. I nie przeszkadzało mi, że "od czasu do czasu" wyskoczę na kebaba, kupię paczkę czipsów, napiję się wina więcej niż jeden kieliszek... Przecież nie można być takim restrykcyjnym...

A jednak można! Oczywiście w ciąży szczególnie dbałam o swoje zdrowie i dietę. Był to czas odrzucenia wszystkiego co szkodliwe bądź bezwartościowe. W etap karmienia piersią przeszłam gładko. Nie bałam się jeść ekstra lekko, zdrowo, "bez polepszaczy", bez niezdrowych tłuszczów i kalorii. I co najważniejsze bardzo mi zaczęły smakować np. niedosolone ziemniaki czy brokuł. Ba! Mr.Tata nie narzekał również a nawet sugerował by tak było już zawsze.

No i będzie. Przemyślałam  sobie kwestię żywienia i dopiero teraz zauważyłam jak wiele błędów popełniałam. Wymówki  nie były wymówkami a standardem. "Od czasu do czasu" było normą. A tak dobrze o sobie myślałam! Że taka rozsądna, że dbam o siebie, że jestem "fit". 

Muszę przyznać, że od półtora roku co najmniej trzymam naprawdę zdrową dietę. Teraz zrobiłam jeszcze jeden krok: wyeliminowałam z jadłospisu kilka rzeczy, które jeszcze gdzieś tam mi wchodziły w nawyk. Mieszanki przyprawowe typu "do kurczaka" zamieniłam np. na suszone zioła. Wywaliłam przyprawę typu "vegeta" i "magi". Gotowy sos do spaghetti zamieniłam na pomidory. Więcej grzechów nie pamiętam. 
Oczywiście gotuję dużo warzyw, kasz, chudego mięska. Solę minimalnie. Zwracam uwagę na naturalność tego co jemy. Oczywiście nie zaglądam wciąż do certyfikatów eko-hodowli i eko-upraw, ale staram się kupować u "sprawdzonych źródeł".

I kusi mnie jeszcze, żeby chemię w kosmetyczce zastąpić naturą. Już sobie wyobrażam jak cudownie i apetycznie wyglądałabym wysmarowana miodem :)))