poniedziałek, 27 stycznia 2014

Starość. Radość? Nie radość?

W zeszłym tygodniu obchodziliśmy Dzień Babci i Dziadka. Wpisy na blogach, wiadomości w TV, reklamy... niemal wszystko przedstawiało obrazek uśmiechniętych staruszków tulących swoje małe lub całkiem duże wnuki... ale mój wzrok i moje myśli wyjątkowo skupiły się na upływie czasu, starości właśnie.

Wciąż mam wrażenie, że człowiek stary kojarzony jest z biedą, smutkiem, samotnością. Tak. Wiem. Emerytury są jakie są. Opieka medyczna też. I choroby człowieka się trzymają bardziej. Jednak nie chcę wierzyć, że tak właśnie będzie wyglądało moje życie za 40 lat. Nie mogę wierzyć w taki obrazek. Nie mogę go uznać za normę, bo oznaczałoby to, że nieważne jak przeżyję życie... starość będzie przykra.

Wolę wierzyć, że na to jak będzie wyglądało moje życie "na emeryturze" pracuję właśnie teraz. Każde działanie będzie miało swoje konsekwencje w przyszłości. I tej bliskiej, i tak bardzo odległej. Prawda jest taka, że mój status materialny wypracowuję właśnie teraz. Nie liczę na Państwo, Unię, wygraną w totka (choć gram ;) ). Moja emerytura zależy od tego ile wypracuję, i ile z tego odłożę. Tu i teraz. Gdy jestem młoda jeszcze i zdrowa. Gdy wciąż jeszcze mogę nadać życiu dowolny kierunek.

Samotność? Nie mam wpływu na to jak wiele spośród bliskich mi osób odejdzie przede mną. Jedyne, o co teraz mogę zadbać to relacje z ludźmi. Kochać i być kochaną - proste, choć tak niewiele trzeba by to przegapić, zaniedbać. Mieć przy sobie ukochaną osobę, stworzyć dobrą rodzinę... z miłością i szacunkiem. Wciąż dbać o to, by mieć się do kogo odezwać, z kim wypić kawę, dzielić pasje, smutki i radości. Skupić wokół siebie osoby przy których się uśmiechasz, które motywują... bezinteresownie. To właśnie mogę. Teraz, by "kiedyś" nie poczuć czym jest samotność.

Smutek, gorycz, nuda... Nie można odkładać swoich pasji, na później. Nie można, bo z biegiem lat coraz mniej się chce. Potrzeba naprawdę wiele wysiłku, by zmotywować się do działania. Jeśli teraz jedyną formą spędzania czasu wolnego jest np. oglądanie telewizji... marne są szanse by w przyszłości robić coś zupełnie innego. Kreatywnego. Jeśli teraz nie wyrobimy w sobie nawyku "robienia czegoś fajnego ze swoim czasem/życiem", to nasza starość będzie po prostu nudna. NUDNA. O ile bardziej człowiek jest szczęśliwszy, gdy pochłaniają go pasje. I powiedzmy sobie szczerze... ludzie aktywni są młodsi, po prostu. Hobby daje radość, rozwija, organizm się wolniej starzeje, rozum zachowuje jasność. Czas płynie szybciej, jednak bez poczucia, że się go marnuje. Pasje sprawiają, że człowiek nie czuje się tak bardzo bezużyteczny, co z pewnością jest bolączką starszych ludzi.

O zdrowie też trzeba zadbać teraz. I dietą. I sposobem życia. Przesypianiem nocy. Doleczeniem chorób. Taka profilaktyka. Zadbaj o siebie teraz a organizm ci odda na starość. Oczywiście pomijam tu wszelkie genetyczne uwarunkowania do chorób, ale jeśli np. sporo palisz możesz przygotować się już teraz na konsekwencje. Wszystko się odkłada... i kiedyś po prostu wyjdzie. To samo dotyczy diety, czy braku ruchu. Równowaga. Życie musi być ciągle w równowadze...

                                                                                                 *źródło Internet

Jaka będzie moja starość? Taka jaką sobie wypracuję... licząc, ze los mnie zbytnio nie doświadczy...

Jedyne czego chcę to, by moje życie było pełne ..spokoju, radości, miłości, pasji... i by trwało do późnej starości...

sobota, 18 stycznia 2014

Kochaj męża swego i wszystkich bliskich jego?

Z okazji nadchodzącego dnia Babci i Dziadka naszły mnie takie oto przemyślenia... W zasadzie nachodzą mnie czasami, ale teraz chcę się nimi podzielić.

Zawierając związek małżeński, czy też po prostu wchodząc w trwałą relację z bliską osobą, tak naprawdę nie tworzymy więzi wyłącznie z nim. W tym szczęśliwym łańcuszku uczestniczy wiele osób. Jedni rodzice, drudzy rodzice, rodzeństwo (a czasem może być to naprawdę spora grupa), ciotki, wujkowie, kuzynostwo.... przyjaciele!

Ileż osób do poznania. Ileż nowych osób do miłowania!

Obdarzając uczuciem jednego człowieka, tak naprawdę otwierasz się emocjonalnie na szereg zupełnie obcych osób. I nie zawsze są to emocje pozytywne. Są różne. 

I nie ważne jakie są... Są twoje. I masz do nich całkowite prawo. Ale masz naprawdę dużo szczęścia jeśli Twoje uczucia są uszanowane i respektowane. Wchodząc w te nowe układy... prawie zawsze dostajesz listę:

- to moja ukochana ciocia, na pewno i Ty ją pokochasz! (no skoro ja kocham...)
- moja mama lepi najlepsze pierogi na świecie. Będą Ci smakować (mi smakują...więc...)
- mój tata najlepiej poradzi sobie z tym cieknącym kranem (nawet nie próbuj sugerować, że może być inaczej)
- mój brat/siostra to dla mnie najlepszy przyjaciel. Będzie i dla ciebie... !(yyyy... ????)

Zasada jest prosta... skoro ktoś dla mnie jest ważny, musi być ważny dla Ciebie. Jeśli mam wrogów, to i Ty ich masz.

A jeśli... hmm... nie ma "jeśli". Musisz kochać i tyle, w innym wypadku wywołasz falę smutku i łez, bo jak to? Nie kochasz mojej mamusi? Nie pojedziemy na wspólne wakacje? Nie zamieszkamy razem?

Jeśli odpowiedź brzmi po prostu: Nie! Jest to dobry powód do wojny domowej niemal. Bo jak to? Jesteśmy rodziną. Musimy się kochać! Trzymać razem! Szanować!

Otóż nie musimy. Nie wszystko na raz. Zacznijmy od wzajemnego szacunku. To już naprawdę dużo. Ja szanuję Ciebie, Twoje poglądy, Twój stosunek do "ważnych spraw", ale Ty szanuj mnie, moje poglądy... moje sprawy.... Jeśli w tej podstawowej kwestii będzie porozumienie, to stanie się ona fundamentem do wybudowania naprawdę czegoś wielkiego.

Nie ma takiej zasady, takiego prawa "Kochaj tego kogo ja kocham". To jest niewykonalne.

A jeśli tak właśnie się zdarzy... to naprawdę wielka sprawa i trzeba to cenić.

i zupełnie bez związku, ale rozbawiło mnie:








poniedziałek, 13 stycznia 2014

TOP 10 - czyli wishlist na 2014 ;)

Jak co roku w styczniu zamieszczam listę rzeczy, którymi chcę się otoczyć i muszę przyznać, że tym razem miałam ogromny problem. Wszystko co chciałam to mam już... i ciężko wymyślić cokolwiek, co jest mi naprawdę niezbędne.

Ale... to wcale nie oznacza, że nie jestem gadżeciarą, i jak każda niemal kobieta znajdę coś, co sprawi, że rozpłynę się w zachwycie.

Lista ułożona jest w sposób przypadkowy, komponowanie według klucza uznałam za zbyt trudne i zupełnie zbędne zadanie ;)


10. VW Scirocco



Był już na liście w zeszłym roku... i cóż mogę powiedzieć. Przydałby się i tyle.


9. Stepper
Też z zeszłorocznej listy. W tym roku już będzie na bank, bo to najłatwiejszy sposób by utrzymać pośladki w ryzach.



8. Perfumy Elizabeth Arden 



Dawno temu się w nich zakochałam. Długie lata byłam fanką Green Tea potem Sunflower. Teraz postanowiłam do nich wrócić, a że podobają mi się wszystkie, to zbiorę całą kolekcję. Plus dla EA za przystępną cenę.


7. Torba na matę do jogi.



O tak. To by się przydało.


6. Strój do jogi


Gdy patrzę na te wszystkie fit trenerki, w obcisłych kolorowych legginsach, z odsłoniętym idealnie płaskim brzuchem, to aż chce mi się ćwiczyć. I kupię sobie taki strój. Może nie będę od tego lepszą joginką, ale ładniej będę w lustrze wyglądać. Żegnaj bezkształtny dresie!


5. Okulary przeciwsłoneczne.

Policzyłam właśnie, że w ubiegłym sezonie połamałam 3-4 pary, ale wcale się nie dziwię, że okulary za 30zł mają ograniczoną ilość złożeń. W tym roku zainwestuję w "coś porządnego" z nadzieją, że przetrwają sezon. (no... tysiąca też nie dam, ale model ładny).


4. By Dziubeka


Kocham i tyle. Biorę wszystko w każdej ilości!


3. Kufer na biżuterię.


Skoro mam zamiar kolekcjonować biżuterię, to muszę mieć gdzie ją trzymać. Dotychczasowe rozwiązania okazały się nie trafione. Czas na solidny i profesjonalny kufer. I obiecuję sobie, że zrobię selekcję w moich zbiorach. Bez sentymentów.


2. Zegarek

Ale nie taki zwykły. Marzy mi się model sportowy. Najlepiej wersja dla biegaczy...


1. Pas do jogi.


Za każdym razem gdy patrzę na to zdjęcie, to mówię sobie: TEŻ TAK CHCĘ. Nie wiem, gdzie bym to zawiesiła, ale jak znajdę miejsce, to sobie kupię. I będę wisieć!


A listę pewnie będę weryfikować w ciągu roku (weryfikować = uzupełniać o nowe pozycje).

*zdjęcia pochodzą z Internetu

środa, 8 stycznia 2014

Co słychać? czyli Mały w natarciu.

Dziecko mi rośnie!

Do tego zaskakującego odkrycia dochodzę niemal codziennie... Dwa i pół roku za nami... I już absolutnie nie widzę w nim tego bobasa z pulchnymi rączkami i nóżkami... oj nie. Teraz to prawie przedszkolak jest. I nóżką tupnie i focha odstawi... teatralnie!

Wciąż się zmienia.
Wciąż szuka nowych wyzwań.

Komputer opanował doskonale. Sam sobie załączy. Internet odpali. Myszką strzałki YouTube poszuka. Nawet gry zaczyna łapać. Na szczęście bierne siedzenie wciąż go szybko nudzi.

Klockami też nie bardzo już się interesuje, za to ma bzika na punkcie puzzli. Praktycznie dzień od układanki zaczyna.




Z rozwojem mowy trochę lepiej. Mały gada przez cały czas, choć do "prawdziwej" mowy to mu jeszcze daleko, ale jego przekaz jest z dnia na dzień bardziej zrozumiały... Może już wkrótce...  tak dla pewności umówiłam kolejną wizytę u logopedy.

I swój pierwszy prawdziwy mecz rozegrał. Z podziałem na drużyny oczywiście. I to nic, że "kiwał się" ze swoim i na własną bramkę z piłką gnał. Kto by się regułami przejmował, gdy zabawa przednia.

Smaki lubi wyraziste, kolory soczyste.

Zasypia o 19.00, budzi się ok 6.00 rano.

Najchętniej przebywa w kuchni, nawet jeśli nic aktualnie w niej się nie dzieje... od tak na blacie posiedzieć lubi i samochody w chlebaku chować. Oczywiście do przygotowywania posiłków to pierwszy jest. I muszę przyznać, że dużo już zrobić potrafi (pod moim czujnym okiem).

Dwa i pół (z hakiem)...
Osiwieję do jego 18-stki? Nie osiwieję?
Przyjmuję zakłady ;)


czwartek, 2 stycznia 2014

Przestać myśleć, zacząć działać!

Jestem dobra w działaniu, ale jak się okazuje, jeszcze lepsza w myśleniu.

Podsumowując ubiegły rok, przekonałam się, że mimo, iż nie próżnowałam, wiele spraw nad którymi pracowałam, i które planowałam zostały gdzieś zawieszone...w myślach. Ludzki umysł to doskonałe miejsce na upychanie wszystkich planów, marzeń i fantazji. I o zgrozo! Jest nieograniczony!

Wypijając szklankę whisky w sylwestrową noc, a raczej w noworoczny poranek (była chyba 5 rano) - nie, nie piłam przez całą noc - uroczyście postanowiłam (w myślach), że w tym roku mniej skupię się na myśleniu, a więcej na działaniu. Dlatego dziś od rana niemal tworzę plan kolejnych kroków do osiągnięcia celu (celów).

I chyba po raz pierwszy nie jest to lista życzeń, a realny plan do realizacji. Krok po kroku. Niemal na tygodnie rozpisany, w trzech grupach:



1. Sprawy osobiste, zawsze na pierwszym miejscu, więc i tym razem z konkretnym planem.

2. Kariera. Muszę mądrze nią pokierować, by zaowocowała w kolejnych latach.

3. Rozwój osobisty:

JOGA - moja wielka i trudna miłość. Choć nie raz ją zdradzałam, myślę, że przyszedł czas na potraktowanie jej całkiem serio.

PORTUGALSKI
- kiedyś mi dobrze szło. Głupia byłam, że porzuciłam naukę, ale za 2-3 lata, gdy wszystko w moim życiu nabierze harmonii, planuję nagrodzić się wycieczką do Portugalii... taką dłuższą i treściwą. Znajomość języka, nawet w podstawach będzie zupełnie na miejscu.

A skoro wszystkie horoskopy zgodnym chórem mówią, że 2014 będzie sprzyjał odważnym, to nie pozostaje mi nic innego, jak być wyjątkowo Brave & Strong w tym nowym roku.

yoga warrior pose
źródło Internet

niedziela, 22 grudnia 2013

Być gotowym na wszystko.

W ciągu ostatniego tygodnia miałam wyjątkowo wiele sposobności, by spotkać się ze znajomymi i ich pociechami. I pewnie bym o tym nawet nie wspomniała, gdyby nie rzuciło mi się w oczy, że oni jednym zgodnym chórem mówią "nie byliśmy gotowi / nie jesteśmy gotowi (na dziecko, na kolejne dziecko)".

I mówią to z żalem, z wewnętrznym oskarżeniem, że sobie nie radzą.

Mają rację. Nigdy nie jest się wystarczająco przygotowanym, na tą przygodę zwaną RODZICIELSTWEM. Można się wyedukować i zaopatrzyć we wszystkie ułatwiające codzienność gadżety, ale prawda jest taka, że każdy kolejny dzień jest w mniejszym lub większym stopniu nieprzewidywalny.

Bo na to nie da się przygotować w żaden sposób. Nie da się niczego zaplanować, bo każdy plan weryfikuje się z dnia na dzień.

Rodzicielstwo daje niezwykłe pokłady siły i emocji, o których istnieniu niewielu by siebie podejrzewało. Od euforii, po rozpacz i bezradność. Daje też motywację by starać się o każdy kolejny dzień, o każdy następny krok. Pozwala zrozumieć czym jest odpowiedzialność, za siebie i drugiego człowieka, tego małego, bezbronnego jeszcze. Uczy systematyczności i opanowania, jak nic z czym miało się do czynienia do tej pory.

A najważniejsze uczy miłości. Tej bezwarunkowej i bezgranicznej. Cierpliwej. Wymagającej.

I muszę przyznać, że nie byłam gotowa na dziecko, choć tak bardzo chciałam wierzyć, że jestem. Byłam gotowa na coś ważniejszego. Na podjęcie decyzji. Niezależnie jaki obraz rodzicielstwa miałam w głowie i jak bardzo rozminął się on z rzeczywistością, a z drugiej strony jak wiele radości wniósł w moje życie, podjęłam decyzję. Podejmuję ją każdego dnia. Konsekwentnie. Podążam za swoim wyborem i stawiam mu czoło. Czerpię z niego ile się da. Uczę się ile mogę, i po prostu staram się. Staram się być dobrą i rozsądną matką.

Nie istnieje takie pojęcie jak "właściwy moment na dziecko".

Przychodzi tylko moment, w którym trzeba być gotowym na podjęcie decyzji, trzymać się jej i nigdy w nią nie wątpić.
Być gotowym na wszystko.

                                                                        *źródło Internet

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Świeci się!

Jeszcze tylko tydzień do świąt... najwyższy czas łapać klimat!

U nas się już świeci, a u Was?




A skoro słodkości w tym przedświątecznym czasie nigdy dość to SUGAR! by wszystko dobrze się spinało i kleiło ;)