Dziś będzie krótko...
Dopadła nas choroba sezonowa.
Mr.Tata przywiózł ją do domu, przy czym sam dostał lekkiego kataru tylko.
A my za to rozłożyliśmy się na dobre... od trzech dni:
ja kicham
Mały kaszale
ja kaszlę
Mały kicha
mnie piecze w gardle
Mały płacze (pewnie też go piecze)
Dziś u Małego poprawa, a ja wciąż słaniam się na nogach...
Za to jutro na poprawę nastroju, pokażę Wam co dostałam do firmy KappAhl :)
czwartek, 31 stycznia 2013
wtorek, 29 stycznia 2013
Chodzę w "Bartkach"
Znam firmę Bartek bardzo dobrze od wielu już lat. Poznałam ją na długo zanim urodziłam mojego Syna. Znajome-Matki skutecznie uświadamiały mnie jak ważne są dobre jakościowo buty dla zdrowia i właściwego rozwoju stopy dziecka. Chcąc, nie chcąc znałam nowe modele i aktualne promocje.
Gdy mój Syn zaczął chodzić też zapragnęłam dla niego bartkowych butów. Pierwsze dostał sandały, które służyły nam przez cały letni okres. Teraz z nich wyrósł, a sandałki wyglądają jak nigdy-nie-używane.
Gdy firma Bartek zaproponowała mi współpracę przy testowaniu nowego modelu, nawet się nie zawahałam. Wiedziałam, że cokolwiek wybiorę to będzie wybór właściwy. I wcale się nie pomyliłam. Takie oto buty trafiły w nasze ręce... a raczej na stopy Synka:
Model wiosenny jak widać, więc z prawdziwymi testami musimy do wiosny poczekać. Ale i z tego "realnego użytkowania" recenzja będzie.
Zależało mi, by buty były zapinane na rzepy i wysokie do kostki. Dlatego szukałam właśnie w takich modelach. Gdy zobaczyłam te buty nie miałam żadnych wątpliwości, że to jest dokładnie to czego szukam. Wykonane są z naturalnej, bardzo mięciutkiej skóry, w kolorze granatowym, z czerwonymi i szarymi aplikacjami. Podeszwa wykonana z termokauczuku, sprawia, że buty są bardzo giętkie i z łatwością poddają się kroczkom (a raczej krokom i biegom, a nawet podskokom) stawianym przez dziecko. Bez najmniejszego problemu podeszwa zgina się w palcach, co nie krępuje ruchów dziecka, a wręcz przeciwnie, zwiększa wygodę użytkowania.
Gdy Mały je przymierzył, już nie chciał zdjąć. Miałam nawet obawy, czy wzięłam właściwy rozmiar (wzięłam rozmiar większy by na wiosnę pasowały), bo buty tak idealnie pasowały na jego stopę.
W środku buty mają wkładkę antygrzybiczną i antybakteryjną. Przyznam się szczerze, że pierwszy raz zwróciłam na to uwagę. Zawsze myślałam, że buty powinny mieć wkładkę z naturalnej skóry, by stopa dziecka była zdrowa. Wiedziałam, że Bartek o to dba, ale otwierając pudełko, mój wzrok trafił prosto na hasło z ulotki:
"W moich butach, tylko moje stopy. STOP dla niechcianych gości - roztoczy, grzybów, bakterii i groźnych alergenów".
I dopiero wtedy dotarło do mnie, że wkładka w butach to nie tylko naturalna skóra, to coś więcej... to zdrowie i komfort dla Małego. Jestem bardzo ciekawa jak ta wkładka "będzie się zachowywać" podczas noszenia. Muszę się temu przyjrzeć z czystej ciekawości.
A jak chcecie być na bieżąco w temacie dziecięcych bucików to serdecznie zapraszam na fanpage firmy Bartek.
Jeżeli natomiast macie ochotę zakupić buciki Bartka, to mam dobrą informację: aktualnie na buciki zimowe trwają wyprzedaże nawet do -50%, a dodatkowo tylko teraz zakupione buciki - w razie jeśli nie będą noszone, można wymienić aż do września 2013! Może się skusicie?
EDIT:
Dla wszystkich zainteresowanych promocjami butów Bartka, a w szczególności możliwością wymiany zakupionych teraz egzemplarzy zamieszczam dodatkowe informacje:
Klient ma prawo do wymiany zakupionego towaru bez podania przyczyn, w terminie do 30 września 2013 od daty zakupu. Dotyczy zakupów obuwia z kolekcji ZIMA zarówno w sieci sklepów firmowych BARTEK jak i zakupów w sklepie internetowym BARTEK www.sklep.bartek.com.pl.
Wymianie podlegają dokładnie takie same wzory. W przypadku braku rozmiaru tego samego wzoru, będzie możliwa wymiana na inny towar tego samego rodzaju, w tej samej cenie detalicznej.
Informacja pochodzi z:
www.bartek.com.pl
Gdy mój Syn zaczął chodzić też zapragnęłam dla niego bartkowych butów. Pierwsze dostał sandały, które służyły nam przez cały letni okres. Teraz z nich wyrósł, a sandałki wyglądają jak nigdy-nie-używane.
Gdy firma Bartek zaproponowała mi współpracę przy testowaniu nowego modelu, nawet się nie zawahałam. Wiedziałam, że cokolwiek wybiorę to będzie wybór właściwy. I wcale się nie pomyliłam. Takie oto buty trafiły w nasze ręce... a raczej na stopy Synka:
Model wiosenny jak widać, więc z prawdziwymi testami musimy do wiosny poczekać. Ale i z tego "realnego użytkowania" recenzja będzie.
Zależało mi, by buty były zapinane na rzepy i wysokie do kostki. Dlatego szukałam właśnie w takich modelach. Gdy zobaczyłam te buty nie miałam żadnych wątpliwości, że to jest dokładnie to czego szukam. Wykonane są z naturalnej, bardzo mięciutkiej skóry, w kolorze granatowym, z czerwonymi i szarymi aplikacjami. Podeszwa wykonana z termokauczuku, sprawia, że buty są bardzo giętkie i z łatwością poddają się kroczkom (a raczej krokom i biegom, a nawet podskokom) stawianym przez dziecko. Bez najmniejszego problemu podeszwa zgina się w palcach, co nie krępuje ruchów dziecka, a wręcz przeciwnie, zwiększa wygodę użytkowania.
Gdy Mały je przymierzył, już nie chciał zdjąć. Miałam nawet obawy, czy wzięłam właściwy rozmiar (wzięłam rozmiar większy by na wiosnę pasowały), bo buty tak idealnie pasowały na jego stopę.
W środku buty mają wkładkę antygrzybiczną i antybakteryjną. Przyznam się szczerze, że pierwszy raz zwróciłam na to uwagę. Zawsze myślałam, że buty powinny mieć wkładkę z naturalnej skóry, by stopa dziecka była zdrowa. Wiedziałam, że Bartek o to dba, ale otwierając pudełko, mój wzrok trafił prosto na hasło z ulotki:
"W moich butach, tylko moje stopy. STOP dla niechcianych gości - roztoczy, grzybów, bakterii i groźnych alergenów".
I dopiero wtedy dotarło do mnie, że wkładka w butach to nie tylko naturalna skóra, to coś więcej... to zdrowie i komfort dla Małego. Jestem bardzo ciekawa jak ta wkładka "będzie się zachowywać" podczas noszenia. Muszę się temu przyjrzeć z czystej ciekawości.
A jak chcecie być na bieżąco w temacie dziecięcych bucików to serdecznie zapraszam na fanpage firmy Bartek.
Jeżeli natomiast macie ochotę zakupić buciki Bartka, to mam dobrą informację: aktualnie na buciki zimowe trwają wyprzedaże nawet do -50%, a dodatkowo tylko teraz zakupione buciki - w razie jeśli nie będą noszone, można wymienić aż do września 2013! Może się skusicie?
EDIT:
Dla wszystkich zainteresowanych promocjami butów Bartka, a w szczególności możliwością wymiany zakupionych teraz egzemplarzy zamieszczam dodatkowe informacje:
Klient ma prawo do wymiany zakupionego towaru bez podania przyczyn, w terminie do 30 września 2013 od daty zakupu. Dotyczy zakupów obuwia z kolekcji ZIMA zarówno w sieci sklepów firmowych BARTEK jak i zakupów w sklepie internetowym BARTEK www.sklep.bartek.com.pl.
Wymianie podlegają dokładnie takie same wzory. W przypadku braku rozmiaru tego samego wzoru, będzie możliwa wymiana na inny towar tego samego rodzaju, w tej samej cenie detalicznej.
Informacja pochodzi z:
www.bartek.com.pl
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Dwa lata
Dokładnie dziś mijają dwa lata odkąd "siedzę w domu".
Dwa lata temu, zaczynając siódmy miesiąc ciąży poszłam na swoje pierwsze L4. To znaczy, sama nie poszłam... zostało to na mnie wymuszone. Praca w korporacji skutecznie mnie osłabiła, wyssała ze mnie resztki energii i zdrowia. Poczułam się źle. Ginekolog wypisała mi L4 na dwa tygodnie z kategorycznym dopiskiem ODPOCZYWAĆ!
Taaak... odpoczęłam sobie... od rana do nocy odbierając telefony z pracy, odpisując na maile, wysłuchując "miała przecież Pani pracować aż do rozwiązania!". Miałam taki szczery zamiar, ale liczyłam też, że już w ostatnich miesiącach ciąży dadzą mi więcej luzu. Nie będę musiała siedzieć po godzinach, a w weekendy odbierać telefony... miałam...
Po dwóch tygodniach poszłam na kontrolę. L4 aż do rozwiązania... nie chciałam się zgodzić, bo przecież "miałam...". Ginekolog spojrzała na mnie surowo mówiąc "jak się Pani natychmiast nie położy to będziemy mieć przedwczesny poród". Dostałam środki na podtrzymanie ciąży i leżałam... przez dwa miesiące z nogami w górze.
Telefony z pracy nie milkły...
Były to najdłuższe dwa miesiące w moim życiu! Obejrzałam, co było do obejrzenia, przeczytałam, co miałam przeczytać, przeglądałam neta... ale ileż można! Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, ze pozostanę w domu przez dwa lata, chybabym delikwenta kopnęła w piszczel.
Plan wciąż był taki, że po porodzie wracam do pracy najszybciej jak tylko się da...
Ale po porodzie świat nie był już taki sam! Oj nie. I ja nie byłam już taka sama. Jakby wraz z przecięciem pępowiny, zmieniła się struktura mojego mózgu. Moja świadomość siebie, dziecka... i macierzyństwa w ogóle zmieniła się radykalnie. Problemy korporacyjne nagle przestały mieć znaczenie. I tylko rodzina zaczęła ZNACZYĆ. I tylko to miało sens. I paradoksalnie odkryłam tyle możliwości na swój własny rozwój, których nigdy bym nie dostrzegła przez korporacyjne okulary.
Dziś mijają dwa lata odkąd siedzę w domu. Jak ten czas zleciał!
PS. Jutro opublikuję recenzję Bartkowych bucików :)))
Dwa lata temu, zaczynając siódmy miesiąc ciąży poszłam na swoje pierwsze L4. To znaczy, sama nie poszłam... zostało to na mnie wymuszone. Praca w korporacji skutecznie mnie osłabiła, wyssała ze mnie resztki energii i zdrowia. Poczułam się źle. Ginekolog wypisała mi L4 na dwa tygodnie z kategorycznym dopiskiem ODPOCZYWAĆ!
Taaak... odpoczęłam sobie... od rana do nocy odbierając telefony z pracy, odpisując na maile, wysłuchując "miała przecież Pani pracować aż do rozwiązania!". Miałam taki szczery zamiar, ale liczyłam też, że już w ostatnich miesiącach ciąży dadzą mi więcej luzu. Nie będę musiała siedzieć po godzinach, a w weekendy odbierać telefony... miałam...
Po dwóch tygodniach poszłam na kontrolę. L4 aż do rozwiązania... nie chciałam się zgodzić, bo przecież "miałam...". Ginekolog spojrzała na mnie surowo mówiąc "jak się Pani natychmiast nie położy to będziemy mieć przedwczesny poród". Dostałam środki na podtrzymanie ciąży i leżałam... przez dwa miesiące z nogami w górze.
Telefony z pracy nie milkły...
Były to najdłuższe dwa miesiące w moim życiu! Obejrzałam, co było do obejrzenia, przeczytałam, co miałam przeczytać, przeglądałam neta... ale ileż można! Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, ze pozostanę w domu przez dwa lata, chybabym delikwenta kopnęła w piszczel.
Plan wciąż był taki, że po porodzie wracam do pracy najszybciej jak tylko się da...
Ale po porodzie świat nie był już taki sam! Oj nie. I ja nie byłam już taka sama. Jakby wraz z przecięciem pępowiny, zmieniła się struktura mojego mózgu. Moja świadomość siebie, dziecka... i macierzyństwa w ogóle zmieniła się radykalnie. Problemy korporacyjne nagle przestały mieć znaczenie. I tylko rodzina zaczęła ZNACZYĆ. I tylko to miało sens. I paradoksalnie odkryłam tyle możliwości na swój własny rozwój, których nigdy bym nie dostrzegła przez korporacyjne okulary.
Dziś mijają dwa lata odkąd siedzę w domu. Jak ten czas zleciał!
PS. Jutro opublikuję recenzję Bartkowych bucików :)))
sobota, 26 stycznia 2013
Na Zdrowie: Mrożonki
Po moim ostatnim poście z tego cyklu dostałam maila od Ani. Pozwolę sobie (za jej zgodą) opublikować fragment:
"Lubię szpinak, ale tylko w liściach. Nie znoszę natomiast szpinaku w brykiecie. Za ten w liściach płaci się jak za złoto... dlatego w sezonie zimowym nie jem go wcale. Masz jakiś sposób na szpinak w zimie?"
Otóż sposób jest bardzo prosty: samemu zamrozić liście szpinaku.
W sezonie letnim za kilogram szpinaku płaciłam ok 1,50 gr, a że szpinak szybko więdnie, po popołudniowym spacerze przechodziłam przez targowisko i siatkami skupowałam szpinak za 80gr. Przychodziłam do domu, dokładnie go myłam i osuszałam, wkładałam do woreczków i prosto do zamrażarki.
W ten sposób i zimą mam szpinak w liściach, tanim kosztem, choć osobiście i brykiet mi nie przeszkadza.
Mrożenie w sezonie to jest metoda, którą zaszczepiła we mnie moja babcia. Ma ona przy domu dość spory ogródek warzywny, a nauczona szacunku do jedzenia, niczego nie marnuje. Oczywistym jest, że nie wszystko co na grządkach wyrośnie da się przejeść. Za to zimą tęskni się do letnich smaków. Babcia od każdej zerwanej pietruszki, odcinała nać i mroziła. Mroziła lub przetwarzała każdy nie wykorzystany owoc. Nic a nic się nie marnowało.
Jestem dość kiepska w przetworach. Zresztą babcia i mama słoiczków produkują wystarczająco dużo by całą rodzinę obdzielić. Za to mam "tysiąc sposobów" chyba na mrożonki.
Latem nie przegapiam okazji. Kupuję gdy jest zdrowo, soczyście i tanio... i mrożę. Dostaję też sporo zapasów prosto z babcinego ogródka. W zamrażarce mam pudełka z natką pietruszki, selerem naciowym, koperkiem, malinami, truskawkami... szpinakiem.
To bardzo dobry sposób na lato na talerzu w zimie. Spróbujcie koniecznie!
"Lubię szpinak, ale tylko w liściach. Nie znoszę natomiast szpinaku w brykiecie. Za ten w liściach płaci się jak za złoto... dlatego w sezonie zimowym nie jem go wcale. Masz jakiś sposób na szpinak w zimie?"
Otóż sposób jest bardzo prosty: samemu zamrozić liście szpinaku.
W sezonie letnim za kilogram szpinaku płaciłam ok 1,50 gr, a że szpinak szybko więdnie, po popołudniowym spacerze przechodziłam przez targowisko i siatkami skupowałam szpinak za 80gr. Przychodziłam do domu, dokładnie go myłam i osuszałam, wkładałam do woreczków i prosto do zamrażarki.
W ten sposób i zimą mam szpinak w liściach, tanim kosztem, choć osobiście i brykiet mi nie przeszkadza.
Mrożenie w sezonie to jest metoda, którą zaszczepiła we mnie moja babcia. Ma ona przy domu dość spory ogródek warzywny, a nauczona szacunku do jedzenia, niczego nie marnuje. Oczywistym jest, że nie wszystko co na grządkach wyrośnie da się przejeść. Za to zimą tęskni się do letnich smaków. Babcia od każdej zerwanej pietruszki, odcinała nać i mroziła. Mroziła lub przetwarzała każdy nie wykorzystany owoc. Nic a nic się nie marnowało.
Jestem dość kiepska w przetworach. Zresztą babcia i mama słoiczków produkują wystarczająco dużo by całą rodzinę obdzielić. Za to mam "tysiąc sposobów" chyba na mrożonki.
Latem nie przegapiam okazji. Kupuję gdy jest zdrowo, soczyście i tanio... i mrożę. Dostaję też sporo zapasów prosto z babcinego ogródka. W zamrażarce mam pudełka z natką pietruszki, selerem naciowym, koperkiem, malinami, truskawkami... szpinakiem.
To bardzo dobry sposób na lato na talerzu w zimie. Spróbujcie koniecznie!
piątek, 25 stycznia 2013
Organizer na biżuterię
Która kobieta nie ma problemów z ogarnięciem swojej biżuterii?
Nie znam.
Ostatnio by znaleźć kolczyki, musiałam wywalić cały kuferek, co wprawiło mnie w stan głębokiej frustracji. Postanowiłam wykorzystać pomysł stary jak świat, ale jak na razie najbardziej skuteczny.
Na wieszaku zawiesiłam kawałek tiulu i wpięłam w niego biżuterię... i już!
Nie znam.
Ostatnio by znaleźć kolczyki, musiałam wywalić cały kuferek, co wprawiło mnie w stan głębokiej frustracji. Postanowiłam wykorzystać pomysł stary jak świat, ale jak na razie najbardziej skuteczny.
Na wieszaku zawiesiłam kawałek tiulu i wpięłam w niego biżuterię... i już!
czwartek, 24 stycznia 2013
Spokojnie rośnie...
Sytuacja w domu wycisza się troszeczkę. Wczoraj i dzisiaj Mały lata uśmiechnięty, chętny do zabawy, do pomocy, wyspany. Tak. I noc mieliśmy całkiem niezłą. Kilka pobudek, ale bez płaczu i z prawie natychmiastowym zaśnięciem.
Co było przyczyną? Obstawiam, że skok rozwojowy.
Wczoraj spakowałam całą wielką reklamówkę ubranek, bo nagle, tak z dnia na dzień prawie okazało się, że większość bluzek i bodziaków ma przykrótkie rękawy, rajstopki nie chcą się na pupę naciągać, spodnie mają całkiem modną długość 3/4... Nie ma opcji. Czas zaopatrzyć Synka w nowe ubranka w rozmiarze 96/98, z naciskiem na 98.
I włosy jakoś mu szybciej rosną. Kiedyś podcinałam go średnio co 6-8 tygodni a teraz co trzy. No i paznokcie dwa razy w tygodniu domagają się skrócenia.
Śmiga w górę w zastraszającym tempie.
Przynajmniej jeśli chodzi o obuwie nie mamy problemu. Już przed sezonem przewidziałam, że Małemu może szybko stopa urosnąć, dlatego kupiłam zimówki w dwóch rozmiarach.
A na wiosnę czeka na nas zupełnie nowa para bucików:
Właśnie rozpoczęłam współpracę z firmą Bartek, producentem obuwia dziecięcego. Bardzo się z tego powodu cieszę, bo znam firmę doskonale, a i Mały swoje pierwsze "bartkowe" buciki już nosił.
Ale jaki dokładnie model będziemy testować, przeczytacie na początku przyszłego tygodnia...
Co było przyczyną? Obstawiam, że skok rozwojowy.
Wczoraj spakowałam całą wielką reklamówkę ubranek, bo nagle, tak z dnia na dzień prawie okazało się, że większość bluzek i bodziaków ma przykrótkie rękawy, rajstopki nie chcą się na pupę naciągać, spodnie mają całkiem modną długość 3/4... Nie ma opcji. Czas zaopatrzyć Synka w nowe ubranka w rozmiarze 96/98, z naciskiem na 98.
I włosy jakoś mu szybciej rosną. Kiedyś podcinałam go średnio co 6-8 tygodni a teraz co trzy. No i paznokcie dwa razy w tygodniu domagają się skrócenia.
Śmiga w górę w zastraszającym tempie.
Przynajmniej jeśli chodzi o obuwie nie mamy problemu. Już przed sezonem przewidziałam, że Małemu może szybko stopa urosnąć, dlatego kupiłam zimówki w dwóch rozmiarach.
A na wiosnę czeka na nas zupełnie nowa para bucików:
Właśnie rozpoczęłam współpracę z firmą Bartek, producentem obuwia dziecięcego. Bardzo się z tego powodu cieszę, bo znam firmę doskonale, a i Mały swoje pierwsze "bartkowe" buciki już nosił.
Ale jaki dokładnie model będziemy testować, przeczytacie na początku przyszłego tygodnia...
wtorek, 22 stycznia 2013
Nocne i inne dramaty
Odkąd Synek zaczął ząbkować nasze nocki nie wyglądały zbyt różowo, jednak przyzwyczaiłam się i uznałam to za normę. Potem zaczęło być coraz lepiej... dwa, trzy wybudzenia i jakoś schodziło do 6.00.
Teraz zaczął się nowy dramat. Mały śpi do 24.00... no góra do 2.00 i zaczyna się istne szaleństwo. Albo płacze, albo chce się bawić, albo chce mleczka... tych albo jest bardzo dużo, co w efekcie sprowadza się do tego, że moja nocka kończy się w granicach drugiej godziny. Gdzieś po trzech godzinach Mały przysypia... na godzinkę...
Niech żyje KAWA!... bo bez tego nie wiem jakbym w tych dniach funkcjonowała.
W dzień wcale nie jest lepiej. Synek coś nerwowy jest bardzo. Szybko się irytuje, a złości daje ujście niemalże natychmiast, raz rzucając się na podłogę, raz rzucając tym co jest pod ręką. Wczoraj drewniane klocki fruwały na prawo i lewo po pokoju, musiałam wyjść by nie oberwać przy okazji. Gdy nastała cisza, wróciłam, a Mały jak gdyby nigdy nic rzuca mi się na szyję...
Mamy też problemy komunikacyjne... jakbyśmy nagle przestali się rozumieć. Synek przechodzi fazę totalnego milczenia. Zasób słówek miał już dość spory, gdy nagle jakby wszystko zapomniał, i znów przechodzimy etap "EEEE" i wskazującego paluszka. Tylko, że Mały ma dość sprecyzowane potrzeby, i o ile wcześniej wskazujący na klocki paluszek oznaczał "chcę klocka" teraz oznacza "chcę tego czerwonego klocka, który leży za tym niebieskim, a nie tym zielonym", tylko, że ja nie rozumiem i Mały wpada w złość.
O co chodzi?
Skok rozwojowy?
Bunt dwulatka? Słuchałam opowieści rodziców o zachowaniach dzieci podczas tego "buntu" i nie dowierzałam, że dziecko z dnia na dzień tak bardzo może się zmienić...
W myśl naszej rodzinnej zasady "on nas płaczem, my go miłością", trwam przy moim dziecku niczym piorunochron, który uziemia wszystkie wyładowania energetyczne zanim narobią szkody.
Bo to nie moje dziecko urządza takie sceny, tylko jego układ nerwowy...
Teraz zaczął się nowy dramat. Mały śpi do 24.00... no góra do 2.00 i zaczyna się istne szaleństwo. Albo płacze, albo chce się bawić, albo chce mleczka... tych albo jest bardzo dużo, co w efekcie sprowadza się do tego, że moja nocka kończy się w granicach drugiej godziny. Gdzieś po trzech godzinach Mały przysypia... na godzinkę...
Niech żyje KAWA!... bo bez tego nie wiem jakbym w tych dniach funkcjonowała.
W dzień wcale nie jest lepiej. Synek coś nerwowy jest bardzo. Szybko się irytuje, a złości daje ujście niemalże natychmiast, raz rzucając się na podłogę, raz rzucając tym co jest pod ręką. Wczoraj drewniane klocki fruwały na prawo i lewo po pokoju, musiałam wyjść by nie oberwać przy okazji. Gdy nastała cisza, wróciłam, a Mały jak gdyby nigdy nic rzuca mi się na szyję...
Mamy też problemy komunikacyjne... jakbyśmy nagle przestali się rozumieć. Synek przechodzi fazę totalnego milczenia. Zasób słówek miał już dość spory, gdy nagle jakby wszystko zapomniał, i znów przechodzimy etap "EEEE" i wskazującego paluszka. Tylko, że Mały ma dość sprecyzowane potrzeby, i o ile wcześniej wskazujący na klocki paluszek oznaczał "chcę klocka" teraz oznacza "chcę tego czerwonego klocka, który leży za tym niebieskim, a nie tym zielonym", tylko, że ja nie rozumiem i Mały wpada w złość.
O co chodzi?
Skok rozwojowy?
Bunt dwulatka? Słuchałam opowieści rodziców o zachowaniach dzieci podczas tego "buntu" i nie dowierzałam, że dziecko z dnia na dzień tak bardzo może się zmienić...
W myśl naszej rodzinnej zasady "on nas płaczem, my go miłością", trwam przy moim dziecku niczym piorunochron, który uziemia wszystkie wyładowania energetyczne zanim narobią szkody.
Bo to nie moje dziecko urządza takie sceny, tylko jego układ nerwowy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)








